Cz. III „Nowy obszar misyjny”

Andrzej Młynarczyk

W poprzedniej części rozpoczęliśmy zapoznawanie się z zagadnieniem kolonializmu i jego skutkami dla współczesnej Republiki Dominikany, a dziś proponuję byśmy zastanowili się nad tym, jak wyglądały początki chrystianizacji Hispanioli i czemu do dziś wielu Dominikańczyków nie chce wypowiadać imienia i nazwiska Krzysztofa Kolumba wierząc, iż przynosi to pecha?

Nie oznacza to, że w tej części uwolnimy się od kwestii kolonizacji, ale spojrzymy na nią z nieco innej strony.

Jak już powiedzieliśmy sobie w poprzedniej części, Krzysztof Kolumb wyruszył w swoją odkrywczą wyprawę z chęci zysku. Ale nie był to przecież jedyny powód, który przyświecał wielkiemu odkrywcy. Musimy pamiętać o tym, że pierwszą wyprawę objęli swym patronatem ówcześni władcy Hiszpanii  Izabela i Ferdynand. Para królewska liczyła nie tylko na późniejsze dochody z odkrycia krótszej drogi do Indii, ale też zakładała, że wspieranemu przez nich podróżnikowi uda odkryć się zupełnie nieznane lądy. Wszak zgodzono się na nadanie mu nie tylko tytułu Admirała Oceanu, ale też wice króla ziem, które dopiero zostaną odkryte. Oczywiście Kolumb przeforsował również warunek, który pozwalał mu mieć prawo do dziesiątej części wszystkiego co zostanie odkryte na nowych ziemiach oraz ósmą część dochodu z handlu z późniejszymi koloniami (przytaczam to na wypadek, gdyby ktoś jeszcze miał wątpliwość co do tego, czy istotnie chęć zysku pchała Kolumba do wyprawy).

Ale powróćmy teraz do pary królewskiej, która wysłała Admirała Oceanu w jego słynna wyprawę. Tak na marginesie – wszystkim zainteresowanym polecam bardzo ciekawą książkę napisaną przez Warrena H. Carrolla, a zatytułowaną „Izabela Katolicka. Królowa Hiszpanii”. Już sam tytuł sugeruje każdemu laikowi, który po raz pierwszy styka się z tematem, że królowa Izabela I, podobnie jak jej mąż, była bardzo zaangażowana w krzewienie wiary. Para królewska za swe niezwykłe oddanie chrześcijaństwu otrzymała z rąk papieża tytuł „Los Reyes Católicos”, czyli władców katolickich, a niewątpliwą ambicją króla i królowej była misja chrystianizacyjna. Tym samym oprócz chęci zysku wyprawie Kolumba przyświecała idea rozprzestrzenienia chrześcijaństwa na nowe ziemie – tak powstawała idea chrystianizacji świata, który dopiero miał zostać odkryty. Cóż, chyba przyszedł czas, aby przyjrzeć się jak misja chrystianizacyjna wyglądała w przypadku odkrytej przez Kolumba Hispanioli.

Wiemy, że Krzysztof Kolumb pozostawił na wyspie osadników zgromadzonych w osadzie, czy też forcie, o wdzięcznej nazwie „Navidad”. Na budowę przeznaczono drewno z okrętu „Santa Maria”, ale dwa pozostałe, czyli „Pinta” i „Niña” powróciły z wielkim odkrywcą do Hiszpanii, aby dostarczyć dobre wieści o lądach i odkrytym na nich złocie. Wiemy też, że na Hispanioli żyli w owym czasie pokojowo nastawieni Indianie, którzy wyjątkowo gościnnie powitali podróżników. Przedstawicieli tychże Indian zabrał ze sobą Kolumb do Hiszpanii, a na rynku w Barcelonie odbył się ich chrzest. Doskonałym przykładem na to, jak wielką wagę para królewska przywiązywała do misji chrystianizacyjnej jest fakt, iż matką chrzestną przywiezionych Indian została sama królowa. Wydawać by się mogło, że oto zaczyna się w dziejach ludzkości zupełnie nowy, piękny rozdział historii.

Jesienią 1493 roku, kiedy Kolumb wyruszał z Kadyksu, aby powrócić na Hispaniolę, towarzyszył mu benedyktyn Bernard Boil, który kierować miał dwunastoosobową społecznością misyjną. Dotarłszy na wyspę, żeglarze ku swojemu zdumieniu odkryli, że osada „Navidad” została spalona, a koloniści wymordowani. Złapani Indianie opowiadali o przyczynach rzezi, do której doprowadziła brutalność osadników, ich pogarda dla miejscowych, grabieże oraz gwałty dokonywane na Indiankach. Tak bowiem wyglądały początki misji chrystianizacyjnej w nowym świecie. Można śmiało powiedzieć, że ich skutki stanowiły ponurą wróżbę na przyszłość.

Kolumb nie dał za wygraną i nie pogodził się ze spaleniem fortu „Navidad”. Założywszy na Hispanioli nową osadę sam udał się w kolejną podróż, która zasłynęła z tego, że podczas niej wielki żeglarz odkrył Jamajkę. W tym samym czasie do brzegów Hispanioli przybiły kolejne okręty z hiszpańskimi żołnierzami, amunicją oraz z żywnością. Trudno dokładnie powiedzieć co się wtedy stało. Wiadomo jedynie, że grupa osadników, najwyraźniej rozczarowanych trudami życia w kolonii, zawładnęła tymi okrętami i wróciła na nich do Hiszpanii. Na wyspie pozostali jednak przywiezieni żołnierze, którzy rozproszyli się szukając łatwych łupów na ludności rdzennej. Wiemy na pewno, że Indianie bronili się i dochodziło do walk, w których Hiszpanie choć w mniejszości, to jednak posiadali ogromną przewagę. Żołnierze przywiezieni z Europy posiadali konie, dobrą broń, pancerze, a nawet specjalnie trenowane do walk psy, których bardzo bali się Indianie. Podaje się, że białych było tylko około 200, ale mimo tego po kilku miesiącach walk podporządkowali oni sobie miejscową ludność. Od tej pory możemy mówić o faktycznym zniewoleniu Indian, którym narzucono wolę białych.

Cóż działo się dalej? Otóż para królewska zadecydowała, że od 1496 roku na wyspę przybywać mogą nowi osadnicy rekrutowani wśród skazańców. Za dobrowolne udanie się do kolonii darowywano im aż połowę kary. Tym samym łatwo można się domyślić jakiego autoramentu byli to ludzie i jak zachowywali się w swoim „nowym domu”. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Ludność tubylcza nadal traktowana była niezwykle brutalnie, a liczba Indian na wyspie malała zastraszająco szybko. Czy trzeba tłumaczyć dlaczego imię i nazwisko Kolumba dla wielu Dominikańczyków przynosi pecha?

Ale zostańmy jeszcze przy problemie niewolnictwa, gdyż łączy się on z misją chrystianizacyjną, której domagała się para królewska. Nazwy nadawane nowoodkrytym lądom, jak „San Salvador”, „Santa Maria”, „Trynidad” wskazywały, że odkrywcom przyświeca myśl szerzenia wiary chrześcijańskiej w nowym świecie. W 1502 roku na wyspę wraz z nowym gubernatorem Ovandą przybyło 17 franciszkanów, a 1509 roku dotarli pierwsi dominikanie. Od 1516 roku przyjęto wręcz zasadę, że żaden statek odpływający do nowego świata nie może wyruszyć bez księdza na pokładzie. Szybko jednak okazało się, że posiadaczom ziemskim wykorzystującym pracę niewolniczą Indian nie jest na rękę jakakolwiek misja chrystianizacyjna. Aby to zrozumieć musimy spojrzeć na ówczesny świat oczami przeciętnego kolonizatora.

Wedle ówczesnego przekonania ludność, która nie była ochrzczona nie miała żadnych praw i mogła być dowolnie traktowana przez właścicieli ziemskich. Poganie byli przecież niczym zwierzęta i nie mieli żadnych przywilejów, a jedynie obowiązki wobec swych nowych chrześcijańskich panów. Owszem, można było chrzcić Indian, ale wtedy wykluczałoby to ich dalsze brutalne wykorzystywanie w niewolniczej pracy. Z chwilą ochrzczenia musieliby być traktowani lepiej, a to nie wchodziło w grę. Kolonizatorzy potrzebowali rąk do ciężkiej pracy, aby maksymalnie szybko pomnażać zyski, a to z kolei wykluczało poważne podejście do chrystianizacji. Indianie pracujący na wyspie i tak wymierali bardzo szybko, bo byli nieprzyzwyczajeni do surowego traktowania i morderczej harówki. W kolonii de facto ciągle brakowało rąk do pracy, więc nikomu nie zależało na przyznawaniu Indianom jakichkolwiek praw zarezerwowanych dla chrześcijan.

Wobec wymierania Indian na Hispanioli właściciele plantacji rozpoczęli proceder porywania ludności z sąsiednich wysp. Do kolonii trafiali wszyscy, których udało się złapać na Wyspach Bahama i Kubie (zwanej wówczas zamiennie Juaną lub Fernandyną). Nie zawsze stosowano przemoc – Sławomir Sierecki w swojej książce „Burzliwe dzieje perły Antyli” podaje, że Hiszpanie zapraszali na swoje statki naiwnych tubylców obiecując im, że tych „skrzydlatych łodziach” zabiorą ich do cudownej krainy przodków gdzie czekają już wszyscy ci, którzy zmarli. W efekcie obietnica nie okazywała się kłamstwem, bo w skutek niewolniczej pracy porwani szybko dołączali do zmarłych przodków.

Nie zatrzymało to jednak wymierania Indian w skutek morderczej pracy. I tym miejscu przedstawić muszę wszystkim postać pewnego dominikanina, który zwał się Bartolome de Las Casas. Najpierw musimy przenieść do 1511 roku, kiedy to w IV niedzielę adwentu Las Casas, jeszcze nie będąc zakonnikiem, wysłuchał wraz wieloma innymi wielkimi osobistościami ówczesnej Hispanioli niesamowitego kazania dominikanina, ojca Antonio Montesino. Kazanie to uważane jest za jedno z najważniejszych w dziejach wspomnianego zakonu. Koniecznie trzeba tu przytoczyć tekst, który każdy znaleźć może na stronie http://www.teofil.dominikanie.pl/ :

„Jestem głosem Chrystusa wołającym na pustyni tej wyspy, wyszedłem na to miejsce, aby przedstawić wam słowa prawdy. Dlatego słuchajcie mnie uważnie, nie z obojętnością, ale całym waszym sercem i wszystkimi zmysłami. Głos ten będzie dla was zupełnie nowy, nigdy go nie słyszeliście. Bardziej srogi, trudny, przerażający i groźny niż spodziewaliście się usłyszeć.

Ten głos mówi wam, że wszyscy jesteście w grzechu śmiertelnym, w nim żyjecie i umieracie, ponieważ stosujecie okrucieństwo i tyranię wobec bezbronnych ludzi. Powiedzcie, na podstawie jakiego prawa i jakiej sprawiedliwości, tak okrutnie i strasznie zniewalacie Indian?  Jakim prawem zgotowaliście tak wstrętne wojny tym ludziom? Co takiego było na ich łagodnej i spokojnej ziemi, że tak wielu pochłonęły śmierć i spustoszenie? Jak możecie ich tak uciskać i męczyć, nie dając wystarczająco jedzenia i nie dbając o chorych? Oni przecież chorują i umierają z powodu pracy, którą im nakazaliście. Choć należałoby powiedzieć, że wy ich zabijacie, aby wydobywać złoto każdego dnia.

A w jaki sposób ich nauczacie, aby poznali swojego Boga i Stworzyciela, zostali ochrzczeni, słuchali mszy, świętowali niedziele i święta? Czyż nie są ludźmi?! Czyż nie mają dusz rozumnych?! Czyż nie jesteście zobowiązani, aby miłować ich jak siebie samych?! Czyż nie rozumiecie?! Czyż nie czujecie?!

Jak możecie pogrążać się w takim letargu?! Miejcie pewność, że w stanie, w którym jesteście, nie możecie się zbawić, podobnie jak ci, którzy nie mają i nie chcą przyjąć wiary w Jezusa Chrystusa”.

Pod wpływem tych słów Bartolome de Las Casas zmienił podejście do Indian, a w 1522 wstąpił do zakonu dominikanów i sam zaczął walczyć o poprawę losu mieszkańców nowego świata. Dwadzieścia lat jego ciężkiej pracy dało efekt w postaci rewolucyjnego prawa wydanego przez króla Karola V, który w 1542 roku podpisał „Leyes Nuevas”. Ów niezwykły dokument przyznała rację obrońcom Indian i zabraniał niewolenia ich, a nawet zrównywały pod względem podatkowym z Hiszpanami! Można śmiało powiedzieć, że Las Casas swoimi pismami i mowami dokonał rzeczy, która w tamtych czas wydawała się niemożliwa – przekonał władcę Hiszpanii o tym, że Indianie równi się białym, a ich chrystianizacja musi odbywać się na drodze pokojowej. Wielu historyków mówi dziś, że ten wielki przedstawiciel zakonu dominikańskiego obudził sumienie kolonizatorów i zmienił losy nowego świata.

Czy zmienił je na lepsze? Tu zdania są podzielone. Niewątpliwie inaczej zaczęto traktować Indian, choć pamiętajmy o tym, że był to proces stopniowy, a my w naszej opowieści jesteśmy dopiero na jego początku. Zresztą sam Las Casas krytykował obłudę urzędników hiszpańskich, którzy za sowite łapówki przymykali oczy na wielką samowolę kolonizatorów i ignorowali prawo wydane przez króla.  Jednocześnie dominikanin otworzył kolejną tragiczną kartę w historii Hispanioli, o którą przyjdzie nam jeszcze wiele powiedzieć. Na razie zastanówmy się nad tym kto miał zastąpić w ciężkiej pracy na plantacjach Indian? Otóż, Las Casas sam wskazał, że mają to być murzyni. Od tamtej pory rozpoczęło się masowe przywożenie na Hispaniolę czarnych niewolników z Afryki. To oni zastąpili wymierających Indian i stało się to w zgodzie z ówczesną filozofią chrześcijańską, która nie widziała w murzynach ludzi posiadających dusze i stworzonych na podobieństwo Boga. Dość powiedzieć, że ten sam król Karol V, który pod wpływem głosu słynnego dominikanina ujął się za Indianami, w 1517 roku odnowił pozwolenie na przywożenie z Afryki murzynów, jako niewolników. Tym samym piękna wyspa stała się domem dla ludzi o czarnej skórze, a także ich potomków. Ale to już zupełnie inny temat, do którego jeszcze nie jeden raz powrócimy.

zdjecie 3

źródło: http://indiancountrytodaymedianetwork.com