Cz. IX pt. „Hispaniola – początki rozwoju hiszpańskiej kolonii.”

Andrzej Młynarczyk

Dziś zgodnie z zapowiedzią cofniemy się w czasy bardzo dawne i przyjrzymy się temu co działo się na Hispanioli we wczesnym okresie tworzenia i krzepnięcia kolonii. W poprzednich częściach cyklu opowiadałem bardzo ogólnie, jak wyglądały stosunki konkwistadorów z rdzenną ludnością wyspy, a teraz prześledzimy rozwój wydarzeń od 1493 roku. W części III była już mowa o tym, iż jesienią 1493 roku Kolumb powrócił na wyspę i ze zdumieniem odkrył, że osada „Navidad” została spalona, a koloniści, których pozostawił w liczbie 33, wymordowani. Napisałem wtedy o tym, że doszło do grabieży i gwałtów czynionych przez białych osadników na Indianach. Dziś opowiem bardziej szczegółowo o tym jak wyglądały stosunki białych najeźdźców z miejscową ludnością. A zaczniemy właśnie od tego co stało się z osadą „Navidad”.

Z zachowanych zapisków wiemy, że koloniści postawieni w osadzie postanowili szukać złota w górach Cibao. Co ciekawe nazwa ta bardzo długo kojarzyła się europejskim żeglarzom z Cipango, czyli… z Japonią. Usłyszawszy ją po raz pierwszy żeglarze byli przekonani, że są właśnie na jednej z wysp japońskich. Warto tę ciekawostkę zapamiętać, aby uzmysłowić sobie, że odkrywcy naprawdę byli pewni tego, że są coraz bliżej Indii. Ale wróćmy do naszej opowieści, w której to miejscowi przewodnicy powiedzieli Hiszpanom, ze w zupełnie nie japońskich górach Cibao znajdują wymarzony złoty kruszec, który służył miejscowym do wyrobu drobnych ozdób. Łatwo się domyślić, że po takich zapewnieniach Hiszpanie ruszyli w te pędy na poszukiwanie tego, co śniło im się po nocach i pozwalało zapomnieć o trudach dalekiej żeglugi poza granice znanego świata. Na swoje nieszczęście konkwistadorzy weszli na tereny kontrolowane przez kacyka Coanabo, który jednak nie miał zamiaru darować wyrządzonej mu zniewagi. Najwyraźniej dzielny Coanabo miał więcej chęci do wojaczki niż większość pokojowych Tainów, bo nie tylko najechał i zniszczył hiszpański fort „Navidad”, ale na dodatek przeprowadził udany najazd na kraj sprzymierzonego z konkwistadorami kacyka Guacangari. Sami przyznacie, że nie spodziewalibyście się tego po przedstawicielu spokojnych Indian Taino, prawda?

Ale oto znów stoimy nad resztkami „Navidad” i przyglądamy się im wraz z zasmuconym oraz wielce zdziwionym Kolumbem. Co stało się później? Wiemy już, że po powrocie na wyspę Kolumb nie odbudował zniszczonego fortu, ale założył całkiem nową osadę. Tym razem było to „miasto” o wdzięcznej nazwie Isabela, a położone było około 40 kilometrów na zachód od znanego nam dziś Puerto Plata. Oczywiście pod słowem „miasto” kryje się coś, co dziś bardziej przypominałoby drewnianą wioskę, ale cóż – tak to właśnie wtedy wyglądało. Początki osady były bardzo burzliwe, bo wojowniczy Coanabo najwyraźniej przyjął za cel całkowite zniszczenie białych i wraz ze swoim sprzymierzeńcem, którym był kacyk Guarionex rządzący krajem Magua, uderzyli na Isabelę. Tym razem jednak biali osadnicy liczyli się z napaścią i byli do niej dobrze przygotowani. Po krwawych walkach Indianie, ponosząc ogromne straty, musieli się wycofać. Co gorsze konkwistadorzy zapałali chęcią zemsty na nieposłusznych Tainach i rozpoczęli bezpardonowy podbój krain Maguana, Marien i Magua. Złapano nawet nieszczęsnego Coanabo, który wysłany miał zostać do Hiszpanii w kajdanach, jako swego rodzaju trofeum i dowód na poskromienie Indian. Jednak nie dane mu było zobaczyć kraju swych prześladowców, bo okręt, na którym płynął zatonął podczas sztormu.

Wyobrażając sobie tamte wydarzenia starajmy się pamiętać o tym, że gniew Indian i ich chęć walki nie brała się tylko z urażonej dumy kacyków. Od czasu wylądowania białych ludność miejscowa poddawana była systematycznym i coraz bardziej okrutnym opresjom. Rządny złota Kolumb zarządził nawet, że miejscowi płacić mieli wysoką daninę. Każdy Indianin miał co trzy miesiące dostarczać złoty piasek, a jako potwierdzenie wypełnienia obowiązku otrzymywać mosiężny medal, który powieszony na szyi oznajmiał wszystkim białym, że nie należy do karać. Oczywiście daniny nie dało się wypełnić, bo w strumieniach i rzekach Hispanioli nie było złotego piasku w ilościach, których pragnęli konkwistadorzy. Chciwi osadnicy szybko wpadli w gniew i wyładowywali go na Indianach dokonując straszliwych zbrodni. Często stosowano okrutne kary w postaci chłosty, a także obcinania uszu lub nosa. Dla Indian było to niezrozumiałe upokorzenie, które w połączeniu z gwałtami dokonywanymi na miejscowych kobietach budziło ogromny gniew oraz chęć zemsty. Zaryzykowałbym nawet twierdzenie, że to biali ludzie nauczyli Indian tak bardzo bać się, nienawidzić i mścić za wyrządzone krzywdy. Wątpię, aby Tainowie zamieszkujący wyspę przed przybyciem Kolumba znali to wszystko w skali z jaką przyszło im się zmierzyć później.

Trudno też dziwić się temu, że na początku roku 1495 wybuchło na wyspie powstanie lub może raczej bunt Indian, którzy mieli dość hiszpańskich oprawców i ich terroru. Jednak dosiadający potężnych koni kolonizatorzy, którzy w dodatku dysponowali nowoczesną bronią i pancerzami, krwawo rozprawili się ze słabo uzbrojonymi buntownikami. W tym też okresie powstał w głowach konkwistadorów pomysł przeniesienia osady znad Atlantyku nad Morze Karaibskie. I tak w 1496 założono nowe miasto o świętej nazwie, czyli Santo Domingo. Podkreślam, że faktycznie było to już prawdziwe miasto, a nie tylko drewniana osada. No, dobrze – tak naprawdę to prawdziwe, kamienne miasto zbuduje dopiero nowy gubernator, bo od pomysłu i niemrawych początków do gotowego efektu musi upłynąć trochę czasu. Ale przypomnę tylko, że gubernatora już poznaliśmy już w rozdziale III, w którym to dowiedzieliśmy się, że w 1502 roku przybył na wyspę. A dziś przenieśmy się w tamte czasy i zobaczmy jak dumny Nicolas de Ovando nie tylko przywozi franciszkanów, ale też wytycza proste ulice Santo Domingo i nakazuje budowę solidnych domów z kamienia. Stańmy na chwilę w cieniu nowych murów i przyjrzyjmy się, jak szybko pod czujnym okiem gospodarza tworzy się miasta. Oto na polecenie gubernatora powstaje piękny kościół, mocna cytadela i więzienie dla złoczyńców. Zachwycony Fernandez de Oviedo napisze o tym co widział:

„Jeśli chodzi o budowle, żadne miasto w Hiszpanii, nawet Barcelona, którą odwiedziłem wiele razy, nie góruje nad nim; wszystkie domy Santo Domingo są z kamienia, jak w Barcelonie, o ścianach pięknych i mocnych dzięki nie spotykanej gdzie indziej zaprawie murarskiej, i położenie miasta lepsze niż Barcelony, a ulice dużo szersze, równiejsze i bez porównania bardziej proste” [German Arciniegas „Burzliwe dzieje Morza Karaibskiego”, str. 52]

Zostawmy jednak rozwijające się i piękniejące Santo Domingo, bo teraz chciałbym opowiedzieć historię, w której będzie mowa o naszym gubernatorze, a także jego związku z nieudanym powstaniem Indian i pojmanym kacykiem Coanabo. Zacznę jednak od tego, że na Hispanioli pozostawała wdowa po dzielnym wodzu Coanabo, która jednocześnie – co okaże się bardzo ważne dla naszej opowieści – była siostrą kacyka krainy Xaragua. Kobieta ta nosiła imię Anacoana, co przetłumaczyć można jako Złoty Kwiat, a przez sobie współczesnych opisywana była, jako niezwykle piękna, ale też mądra i dzielna. Dlaczego wspomniałem o jej bracie? Cóż, tak się złożyło, że ów zmarł, a tron po nim objęła właśnie Anacoana ANACOANstając się kacykiem królestwa Xaragua, którego stolicą była osada Yaguana (położona w pobliżu dzisiejszego miasta Lèogane w republice Haiti). Najwyraźniej jednak los uwziął się nie tylko na Coanabo, ale też na jego żonę, bowiem gubernator Ovada postanowił zdobyć i złupić państwo Xaragua.

Trudno mi powiedzieć co kierowało gubernatorem Ovadą poza rządzą zysku i okrucieństwem, bo akurat te niskie pobudki łatwo mu udowodnić. W każdym razie wydaje się, że jego zapał do zniszczenia Xaragua był podyktowany także nienawiścią do Indian oraz chęcią odniesienia łatwego zwycięstwa nad słabszym przeciwnikiem. Mimo wszystko Ovada nie ruszył do walki od razu, ale szukał jakiegokolwiek pretekstu, aby przypuścić atak. Tym sposobem w 1497 roku zażądał od pięknej królowej bardzo wysokiej kontrybucji, a następnie wyprawił się z wojskiem, aby dopilnować spłaty. Ówczesne zapiski mówią o ogromnej armii, jaką poprowadził Ovada, a na którą składać się miała rzekomo aż 70 kawalerzystów oraz 300 piechurów, ale w świetle znanych nam dziś danych odnośnie liczebności kolonistów, liczby te wydają się mocno zawyżone. Niewątpliwie jednak biali posiadali ogromną siłę, która opierała się na wspomnianej już nowoczesnej broni, koniach, pancerzach, a także psach budzących ogromny strach wśród Indian. Podanie zawyżonych liczb miało zapewne pokazać jak ciężki był bój z udziałem tak znacznych sił. Sądząc jednak po opisie działań możemy dojść do wniosku, że opór Indian był mniejszy niż można byłoby sobie wyobrażać.

Niewątpliwie doszło do rzezi, w której miejscowa ludność poniosła duże straty, ale wcześniej Hiszpanie pokazali swoją ogromną perfidię. Otóż, Indianie przyjęli białych, jak najbardziej serdecznie – na cześć gości urządzono tańce i śpiewy. Początkowo Ovado udawał, że chce zgody, a nawet rozdawał podarki. Ba! Aby zrobić wrażenie na kacykach urządził turniej rycerski, w którym zaprezentowano pojedynek konnych rycerzy na kopie! Zachwyceni Indianie oglądali te wszystkie cuda i nie domyślali się, jaki los dla nich zaplanowano. Dopiero na umówiony znak gubernatora hiszpańscy żołnierze zrzucili maski miłych gości. Z zaskoczenia zaatakowali niczego niespodziewających się Indian, mordując i grabiąc bez opamiętania.

Pojmaną starszyznę uśmiercono w okrutny sposób poprzez zamknięcie w drewnianej siedzibie władczyni, a następnie spalenie wraz z całym „pałacem”. Anacoanę również pojmano, ale zdecydowano się nie zabijać jej na miejscu. Władczynię przewieziono do pięknego, kamiennego Santo Domingo, a po urządzonej farsie procesu, powieszono. Na tym jednak nie zakończyło się dzieło zniszczenia, bo konkwistadorzy dokonali barbarzyńskiego najazdu na tereny Xaragua mordując tamtejszą ludność lub uprowadzając do pracy w charakterze niewolników. Ta krwawa ekspedycja posuwała się za uciekającymi, którzy schronili się aż na wysepce Guanabo (dziś to Gonàve w republice Haiti). Nawet w tym niedostępnym miejscu Hiszpanie dokonali barbarzyńskiej masakry. Jak widać chęć mordowania i niszczenia była wśród Hiszpanów ogromna. W tym miejscu pozwolę sobie na dygresję – otóż czytając o tym co robili koloniści dochodzę do wniosku, że w zasadzie od razu zrezygnowali oni z podejmowania prób współpracy z miejscową ludnością. W zamian za to od razu wybrano drogę konfrontacji i ujarzmienia. Zastanawiam się tylko, czy na takie postępowanie Hiszpanów miał wpływ los fortu „Navidad”? Być może tak. W każdym razie każdy z nas może sobie spróbować wyobrazić i „pogdybać”, jak bardzo mogłyby się różnić losy Hispanioli, gdyby osadnicy choć spróbowali pokojowo koegzystować z Tainami.

EnriquilloAle w tym miejscu musimy przejść do kolejnej ważnej postaci, która w omawianym okresie odegrała ogromną rolę. Co prawda Hiszpanie wymordowali wszystkich kacyków królestwa Xaragua, ale okrutną rzeź przetrwał pewien chłopiec o indiańskim imieniu Guarokuia, którego zarówno ojciec, jak i dziad byli wielkimi wodzami Indiańskimi. Chłopiec został ochrzczony otrzymując imię Enriquillo i trafił do domu pewnego hiszpańskiego osadnika, gdzie miał pełnić funkcję sługi. Dorastając odebrał całkiem dobre wykształcenie, bo potrafił posługiwać się nawet łaciną, co w tamtych czasach nie było powszechne. Jednak między Indianinem, a jego hiszpańskim panem narastał konflikt, którego oczywistym podłożem było fatalne traktowanie, jakiego doświadczał chłopak. Trudno powiedzieć jak dokładnie przebiegały wydarzenia, ale wiemy dziś na pewno, że Indian zbuntował się i uciekł w góry Bohoruco, które dziś oddzielają Haiti od Republiki Dominikany. Tam też zaczął gromadzić podobnych do siebie buntowników, którzy uznali w potomku dawnych kacyków swego wodza.

W 1519 roku wybuchło powstanie, które nazwać można co najmniej dziwnym. W zasadzie Hiszpanie mieli zbyt małe siły, aby przeczesywać całe góry i wyłapywać powstańców. W związku z tym tolerowano istnienie buntowników, którzy również nie dążyli do wielkich bitew. Wiemy na pewno, że do Indian dołączali również zbiegli czarnoskórzy niewolnicy. Z czasem dochodziło do potyczek z Hiszpanami, napadów na białych osadników, ale żadna ze stron nie umiała doprowadzić do rozstrzygnięcia. W efekcie na Hispanioli istniało państwo w państwie, czyli teren kontrolowany przez buntowników. Po trzynastu latach trwania tej specyficznej sytuacji cesarz Karol V postanowił podjąć rokowania z niepokornym wodzem buntowników i wysłał do niego swego posła, którym był Francisco de Barrio Nuevo. Ów zawiózł kacykowi pismo od cesarza, które gwarantowało nietykalność oraz możliwość osiedlenia się w dowolnym miejscu na wyspie dla Enriquillo oraz zbuntowanych Indian. Jednocześnie cesarz stawiał warunek, iż ugoda ta nie obowiązuje zbiegłych murzynów. Jak widać Hiszpanie zupełnie inaczej traktowali czarnych niewolników przywiezionych na Hispaniolę.

Enriquillo być może był zmęczony walką, a może nie widział możliwości jej wygrania, bo przyjął warunki cesarza. Zakończył wieloletnie powstanie i osiadł wraz z 4 tysiącami swoich indiańskich towarzyszy niedaleko miasta Santo Domingo w miejscowości Boya. Niestety, nie znalazłem informacji o tym co stało się z czarnoskórymi buntownikami. Może komuś z Was uda się gdzieś natrafić na opis tego, jak ich potraktowano? Jeśli miałbym zgadywać, to zapewne w najlepszym razie powrócili do ciężkiej pracy. A czy dziś pozostały na wyspie jakieś pamiątki po tamtych wydarzeniach? Cóż, taką pamiątką po dzielnym wodzu jest nazwa jeziora Lago Enriquillo, które położone jest w południowo-zachodniej części Republiki Dominikany. Nad jeziorem wznoszą się dwa pasma górskie – Sierra de Neiba na północy oraz Sierra de Bahoruco na południu. Być może kiedyś odwiedzicie tę piękną krainę i nad brzegiem jeziora wspomnicie tę naszą opowieść i oczywiście samego Henryka, który miał odwagę zbuntować się przeciwko Hiszpanom? A może zwiedzając wyspę natraficie na najbardziej znany pomnik Enriquillo, który przedstawiony jest z marsową miną i włócznią w dłoni? Życzę Wam tego, bo sam widziałem go tylko na zdjęciach.

A teraz choć na chwilę przyjrzyjmy się temu jak sami Hiszpanie urządzili się na podbitej wyspie i jak wyglądały z ich perspektywy początki kolonii. Otóż, najważniejsze było to, że szybko okazało się, iż zasoby złota mocno odbiegają od chciwych oczekiwań osadników. Zapewne wielkie było rozczarowanie Hiszpanów, ale nie oznaczało to, że mieli oni zamiar porzucić wyspę. Brak złota w dostatecznej ilości spowodował jednak, że Hispaniolę zaczęto traktować jedynie jako bazę do dalszych podbojów nowego świata. Nie będę tu o nich pisał, bo skupić się musimy na dalszych losach osadników, którzy zostali na wyspie. A działo się tu całkiem sporo. Po pierwsze zaczynało się porządkowanie spraw kolonii, w której wprowadzono znany już z rodzimego kraju system nadań ziemi. Przypomnę tylko, że cała Hispaniola stanowiła wówczas własność osobistą królów hiszpańskich, którzy sami mianowali gubernatorów. Białym osadnikom nadawano ziemię z prawem świadczeń w naturze lub rzadziej czynszami pobieranymi od Indian, którzy nadaną ziemię zamieszkiwali. System ten zwano encomiendas. Pamiętać przy tym musimy, że osadnicy też mieli swoje obowiązki, do których należał podstawowy, czyli obrony nadanej ziemi. Koloniści (encomenderos) musieli więc na każde wezwanie stawić się, aby sformować siłę zbroją (bo raczej trudno tu mówić o armii…), którą dowolnie dysponował gubernator w imieniu monarchy.

Osadnicy mieli też możliwość korzystania ze specjalnych przywilejów zwanych repartimientos. Polegały one na tym, że królewscy urzędnicy zezwalali danemu koloniście na wykorzystywanie pracy przymusowej Indian, którzy nie zamieszkiwali terenów jego majątku. Trudno to wytłumaczyć inaczej, jak tylko swego rodzaju „wypożyczaniem” niewolników, za który to przywilej osadnik musiał zapłacić. Łatwo się domyślić, że system taki powodowany był przede wszystkim zmniejszającą się liczbą Indian, którzy wymierali w skutek niewolniczej pracy. Wiemy też już, że wraz z postępowaniem tego procesu pojawiło się zapotrzebowanie na tanią siłę roboczą, której stanowić mieli czarni niewolnicy. Najważniejsze jest jednak to, że z powodu braku złota kolonia, niejako z przymusu, przestawić się musiała na hodowlę zwierząt i roślin, które dostarczałyby jak największego dochodu białym osadnikom.

Do tego zmieniać się zaczęły zwyczaje i kultura wśród osadników. Miały na to wpływ specyficzne warunki jakie zastali kolonizatorzy. Po pierwsze ciągły niedobór białych kobiet powodował wzrost liczby związków mieszanych, a co za tym idzie wzajemne przenikanie wpływów kulturowych, zwyczajów, a nawet szybsze rozszerzanie odziaływania języka hiszpańskiego. Nie wolno nam zapominać, że konkwistadorzy, którzy znaleźli się na Hispanioli byli pod ogromnym wrażeniem Indianek oraz ich sposobu zachowania się wobec mężczyzn. Wszystko w tych miejscowych kobietach było inne niż w katolickiej Hiszpanii i zupełnie odbiegało od znanych w Europie standardów i obyczajów. Doskonale opisuje to German Arciniegas w swojej książce zatytułowanej „Burzliwe dzieje Morza Karaibskiego”:

„Wenus Morza karaibskiego, nieco bardziej naga niż ta, którą namalował Botticelli; o brązowej skórze, o pięknym, powabnym i doskonale proporcjonalnym ciele. Gdyby ubrać owe Wenery […] niczym nie różniłyby się od naszych kobiet. Pływają lepiej niż ich europejskie siostry, potrafią przebiec mile bez zmęczenia. Nie mają zmarszczek, nie znają szpecącej otyłości. Mężczyźni nie bywają zazdrośni. Kobiety są lubieżne i niepohamowane w zmysłowości” [str. 26]

Jednak wraz z umacnianiem się na wyspie wpływów Kościoła katolickiego kończy się okres swobody obyczajowej Indian. Nad zwyczajami białych i kolorowych mieszkańców Hispanioli sprawować zaczęli władzę surowi zakonnicy i księża, którzy napominali oraz karali za naganne zachowanie. Surowy wzrok Kościoła padł na ludzi, którzy musieli stosować normy oraz zasady znane w katolickiej Hiszpanii. Duchowni starali się robić wszystko, aby wykorzenić wielożeństwo, co raczej oznaczało zniszczenie dotychczasowych zwyczajów Indian. Biali, owszem brali sobie jedną żonę, ale powszechnie było wiadomo, że swobodnie żyli również z niewolnicami. Nie trudno domyślić się, że w tej sytuacji chodziło raczej o stworzenie pozorów cywilizowanego, katolickiego społeczeństwa. Księża napominali, aby ludzie chodzili ubrani i nie pokazywali nagości. Nakazywano udział w mszach i obrzędach religijnych, a także zachowanie obyczajności w życiu na co dzień, co sprowadzało się do przestrzegania prostych zasad np. jadania posiłków przy stole, czy spania w łóżkach, a nie zaś w hamakach.

Niestety dla Hiszpanów osiedlonych na wyspie, okazało się wkrótce, że Hispaniola zaczęła tracić swoje wielkie znaczenie. Wraz z odkrywaniem nowych lądów na kontynencie Amerykańskim to właśnie tam przeniosło się zainteresowanie europejskich monarchów, którzy szukali bogactw, a przede wszystkim ogromnych ilości złota i srebra. Tam też przenosili się rządni zysku awanturnicy, a na naszej wyspie pozostali jedynie ci, którzy postanowili zająć się rolnictwem, a przede wszystkim hodowlą kakao, kawy, tytoniu i trzciny cukrowej. Szczególnie wielki był popyt na cukier, który kupować chciała cała Europa. I tak z braku złota na Hispanioli zaczęto sadzić, siać, hodować, przetwarzać płody rolne, a wszystko to, aby uzyskać całkiem dobre zyski. Niewątpliwie osadnictwo na Hispanioli zaczęło krzepnąc wraz z procesem bogacenia się na rolnictwie i hodowli – najpierw w 1511 r. w Santo Domingo powstało biskupstwo, a w 1546 r. arcybiskupstwo. Nie można też zapomnieć o powstaniu w 1538 roku pierwszego w Nowym Świecie uniwersytetu!

Słowem, można powiedzieć, że pierwsze sto lat istnienia kolonii na Hispanioli było okresem mocno zróżnicowanym – od początkowej gorączki złota, rabunkowej gospodarki i krwawych rzezi Indian do powolnego krzepnięcia osad (z których najważniejszą szybko stało się Santo Domingo). Od chaotycznego czasu walki o ziemię, po umocnienie gospodarki rolnej oraz hodowlanej, w której nie było już miejsca dla dzikich awanturników i rabusiów. Wraz z tymi zmianami odeszły w zapomnienie czasy osadników, którzy nie rozstawali się z bronią – ci bowiem zasilali teraz strumień sobie podobnych, zmierzających na kontynent amerykański. Zastąpili ich twardzi i wytrwali plantatorzy, którzy walczyli z klimatem i przyrodą, a nie z Indianami. Karczowali kolejne obszary, budowali domy i zagrody, a ciułając grosz do grosza tworzyli mniejsze lub większe majątki.

I tak żegnamy XVI wiek na Hispanioli spokojnej i rolniczej. Wraz z mijającym stuleciem zmieniała się też sama Hiszpania, której Niezwyciężona Armada – zupełnie na przekór swej nazwie – została pokonana w 1588 roku. Można powiedzieć, że później flota Hiszpanii nigdy już nie osiągnęła stanu ze swego najwspanialszego okresu. Dowodem była przecież przegrana bitwa pod Gibraltarem w 1607 roku, gdy Holendrzy spuścili Hiszpanom tęgie lanie. A jednak koniec XVI wieku to nadal okres dominacji Hiszpanii w handlu z nowym światem, zaś dla Hispanioli to ciągle czas na odgrywanie pewnej roli na szlaku z metropolii do kolonii. Wszystko zmieni się wkrótce kiedy to poznamy prawdziwych piratów i korsarzy z Karaibów. Obiecuję opowiedzieć o nich w kolejnych odcinkach!

Na koniec kilka ciekawostek związanych z wczesnym okresem kolonizacji Hispanioli:
– czytając o życiu osadników zauważycie opisy polowań, w których uczestniczyli. A skąd wzięły się zwierzęta, na które polowano, skoro przed przybyciem Kolumba ich nie było? Odpowiedź jest tyleż prosta, co zaskakująca – polowano na zdziczałe bydło, które uciekło z farm. Trudno mi sobie wyobrazić takie polowania, ale najwyraźniej zdziczała krowa może mogła być całkiem atrakcyjnym trofeum dla ówczesnego myśliwego. Cóż, „z braku laku, to i kit dobry”…

– źródła podają, że w około 1510 roku żyło na Hispanioli ok. 100 000 ludzi, a wlicza się w to wszystkich mieszkańców wyspy. Oznacza to, że na 1 km kwadratowy przypadał tylko jeden mieszkaniec. Dla porównania w ówczesnej Europie przypadało ich około 10-15. Widać wyraźnie, że wyspa w swoim początkowym okresie nie przyciągnęła zbyt wielu osadników. Później, kiedy Hiszpania zawładnęła nowymi ziemiami w Meksyku, Gwatemali, Kalifornii i Peru (w latach 1519-1535) osadnicy woleli płynąc właśnie tam. Wszystko przez to, że na Hispanioli gorączka złota zakończyła się z końcem XV wieku.

– stopniowe przekształcenie się Hispanioli w kolonię rolniczą i przeniesienie się zainteresowania kolonizatorów na kontynent Amerykański wpłynęło na losy czarnych niewolników. Po pierwsze przywożono ich na wyspę niewielu, bo częściej trafiali do Ameryki. Po drugie poprawił się ich los na Hispanioli i to właśnie z tego powodu, że było ich mniej niż potrzebowano. Ta sytuacja spowodował wzrost ceny niewolników, a co za tym idzie zmusiła białych właścicieli do ich lepszego traktowania. Brzmi to oczywiście brutalnie, ale tak wówczas wyglądała sytuacja.

– w 2006 roku rozpoczęły się badania nad genami mieszkańców Republiki Dominikany. Poprowadził je zespół badawczy, na którego czele stał Juan Carlos Martinez-Cruzado z Zakładu Biologii Uniwersytetu w Puerto Rico. Wyniki badań są zaskakujące, bo oto okazuje się, że aż 15% Dominikańczyków ma geny Indian Taino. Dla historyków jest to ważny ślad wskazujący, że choć społeczności Indian na Hispanioli uległy zniszczeniu, to jednak w skutek mieszanych związków sami Indianie nie wyginęli tak jak się niegdyś uważało.