Cz. V „Co było przed Kolumbem?”

Andrzej Młynarczyk

Proszę się nie obawiać – odpoczniemy od historii najnowszej i strasznych czasów Trujillo, a w zamian cofniemy się dziś bardzo daleko. Przypomnę, że w części III przypłynęliśmy wraz z Kolumbem do brzegów Hispanioli, ale nie powiedzieliśmy niczego o ludziach, którzy zamieszkiwali wyspę przed nadejściem konkwistadorów. Tym razem nadrobimy to opowiadając o życiu tych, których nazwano Indianami utrwalając w języku pomyłkę odkrywców przekonanych, iż dotarli do Indii.

Wyobraźmy sobie jak musiała wyglądać wyspa przed nadejściem białego człowieka. Pomoże nam w tym uświadomienie sobie, że Hispaniola wcale nie była zbyt gościnnym miejscem do życia. Dziś przyjmuje się, że gleba jest tam żyzna, ale współczesnemu człowiekowi łatwo wykarczować bujną roślinność, aby uprawiać nowoczesnymi metodami najróżniejsze rośliny. W czasach przed Kolumbem było to o wiele trudniejsze i to z wielu powodów. Pamiętajmy, że przecież sporą część wyspy zajmują tereny górzyste (niektóre mocno nasłonecznione, czasem wręcz palone słońcem), a na nizinach zdarzają się obszary, na których brakuje wody. Wyobraźmy sobie teraz jak bosy człowiek, uzbrojony jedynie w zaostrzony kij służący mu za motykę, ma karczować bujną tropikalną roślinność, a następnie doglądać pola. Jak wiemy, „Indianie” nie znali żelaza, a w związku z tym ich narzędzia były przede wszystkim drewniane, a rzadziej wykonywane z kości, czy kamienia. Cóż, ale wiemy też, że człowiek zawsze dawał sobie jakoś radę i w czasach przed Kolumbem ludzie na wyspie zajmowali się rolnictwem. Z relacji pierwszych białych osadników wiemy, że napotkani tubylcy znali maniok, kakao, słodkie ziemniaki, wanilię, tytoń i bawełnę. Jednak dla wielu współczesnych nam ludzi niespodzianką będzie pewnie to, że palmy kokosowe i bananowce dotarły na wyspę dopiero w XVII wieku. Wyobrażacie sobie Hispaniolę bez palm kokosowych? Prawdę mówiąc ja nie umiem.

Podobnie było z innymi roślinami uprawnymi takimi jak ryż, trzcina cukrowa, pomarańcze, brzoskwinie, figi, czy oliwki, które przywożono na wyspę dopiero po jej odkryciu przez Hiszpanów. A skoro tak było, to co wcześniej jedli tubylcy? Oprócz ziemniaków były to niewątpliwie licznie występujące na wyspie ptaki, na które polowano… rzucając w nie kamieniami. Zwierząt na wyspie nie było wiele, więc to właśnie ptaki stanowiły ważne źródło mięsa. Na pewno polowano wówczas na aguti, czyli małe, całkiem sympatycznie wyglądające gryzonie, a także na roślinożerne jaszczurki, czy węże. Jak widać nie była to dieta, która dziś kojarzy nam się z rajską wyspą. Choć trzeba przyznać, że ówcześni mieszkańcy zjadali też wiele ryb i skorupiaków, a także żółwi. Do przysmaków należały pieczone larwy wydłubywane ze spróchniałych drzew. Jednak wydaje się, że to właśnie ryby stanowiły bardzo ważny element diety. Dziś wiemy, że już wtedy rybołówstwo było bardzo rozwinięte (w przeciwieństwie do uprawy roli), a łowiono za pomocą sieci, lin i harpunów. Co ciekawe sprytni wyspiarze potrafili także fermentować owoce uzyskując z nich napój zawierający alkohol.

A kim byli ci ludzie, których spotkał na wyspie Kolumb i błędnie nazwał Indianami? Dzięki badaniom wiemy, że całe Antyle zamieszkiwali Arawacy, czy też jak chcą niektórzy – Arawakowie. Definicje encyklopedyczne podają, że byli to „Indianie”, którzy tworzyli oddzielna rodzinę językową, a pierwotnie zamieszkiwali daleko od Hispanioli, bo aż na przedpolu Andów. Stopniowo wypierani byli z Ameryki Południowej aż dotarli na Antyle, gdzie spotykamy ich mieszkających na pięknej wyspie, o której historii tu rozprawiamy. I otóż w zależności od miejsca zamieszkiwania arawackim plemionom nadawano nazwy odróżniające je od siebie np. na mieszkających na Jamajce mówiono „Jamaje”, a tych, którzy zaludniali Hispaniolę określano mianem „Tainów” (choć we współczesnych polskich publikacjach – o dziwo – odchodzi się od spolszczeń pisząc „Taino”).

Przyjrzyjmy się teraz temu, jak wyglądała społeczność Tainów. Cóż, przyznać trzeba, że była już całkiem rozwinięta i nosząca cechy państw-królestw, których było aż pięć. W północno-zachodniej części Haiti, bo tak Tainowie nazywali swoją wyspę, znajdowało się państwo Magua. Na wybrzeżu północnym było państwo Marien. W centrum wyspy leżała Maguana. Na południowym zachodzie Xaragua. I wreszcie na wschodzie Higuey. Oczywiście trzeba pamiętać, że mówiąc o „państwach”, czy „królestwach” mam tu na myśli społeczności zhierarchizowane, na których czele stały swego rodzaju „arystokracje” z dziedzicznym kacykiem, jako władcą. Słowo „królestwa”, czy „państwa” stosuję więc z konieczności, jako uproszczenie, bo też określenie „kacykaty”, które znajdowałem w polskich publikacjach, wydaje mi się co najmniej dziwaczne.

Wróćmy jednak do naszej podróży w czasie i przyjrzyjmy się życiu na wyspie tuż przed przybyciem Kolumba. Zapewne, gdybyśmy mogli być świadkami tego, jak wówczas żyli Tainowie, to uderzyłoby nas to, iż poszczególne „państwa” współegzystowały pokojowo, a nawet udało im stworzyć coś w rodzaju federacji. Wydaje się, że Indianie Taino byli niezwykle mało wojowniczy, a w życiu społecznym kierowano się zasadą współdziałania i wzajemnej pomocy, co było niejako koniecznością przy wspólnym zdobywaniu pożywienia. Co ciekawe praktycznie nie znano czegoś takiego, jak kradzież, czy chciwość. Nie gromadzili też bogactw. Owszem, arystokracja plemienna, czy wioskowa odznaczała się np. tym, że w ozdobach noszonych na ciele częściej stosowała trudnodostępne złoto. Jednak poza tymi drobnymi ozdobami ze szlachetnego kruszcu Indianie nie znali „skarbów” i dlatego nie wpadli na pomysł, aby je gromadzić. Warto zauważyć, że jedyne co wyróżniało władców Tainów od ludu to noszone drobne ozdoby oraz fakt, iż zamieszkiwali oni w chatach dwu lub trzyizbowych. Zwykli mieszkańcy budowali jednoizbowe chaty, więc jak widać, nie były to spektakularne różnice. Oczywiście napisałem wcześniej o swego rodzaju arystokracji, ale dlatego wyjaśnię teraz, że w jej skład wchodziła rodzina danego kacyka i rodziny szamanów. Nie był to więc taki twór, który kojarzy się nam dziś z czasami feudalnymi. Ta specyficzna „arystokracja”, to po prostu osoby bliskie władcy lub szamanowi (choć wydaje się, że czasem to kacyk był również tym, który leczył i prowadził ceremonie religijne).  Pamiętajmy przy tym, że kacykiem nie określano tylko kogoś kto stał na czele jednego z pięciu państw na wyspie, ale też podobny tytuł stosowano do lokalnych wodzów, a nawet osób stojących na czele wiosek. Wiem, że nieco to zagmatwane, ale upraszczając możemy powiedzieć, że „arystokrację” Tainów tworzono nie z ludzi, którzy posiadali bogactwa, ale z tych, którzy byli spokrewnieni z dwoma najważniejszymi dla wspólnoty osobami – kacykiem (często zwykłym przywódcą wioskowym) oraz szamanem tejże społeczności.

Skoro już trochę zagmatwałem w kwestii królów-kacyków i „arystokracji”, to zastanówmy się na inną kwestią, a mianowicie, czy ówczesny Indianin bardzo różnił się wyglądem od dzisiejszych mieszkańców Hispanioli? Oczywiście, że tak. Po pierwsze skóra Tainów była brązowego koloru o odcieniu miedzianym, czyli upraszczając można powiedzieć, że byli to ludzie „czerwonoskórzy”. Po drugie rysy twarzy mieli bardziej podobne do ludów mongolskich, a więc dziś właściwie na wyspie niespotykane. Włosy Tainów były kruczoczarne, proste i długie (sięgające ramion). Po trzecie byli ludźmi o niskim i co najwyżej średnim wzroście, a do tego niezbyt muskularnymi, co prawdopodobnie było wynikiem opisywanej wcześniej diety. Łatwo się domyślić, że wygląd Tainów bliższy jest mieszkańcom Ameryki południowej niż współczesnym Dominikańczykom, czy Haitańczykom. A jak ubierali się Indianie Taino? Wspomnieliśmy już, że znali bawełnę, a dodajmy do tego, że potrafili całkiem dobrze tkać. Dlatego też używali strojów z płacht bawełnianych – można śmiało powiedzieć, że raczej nie byli mistrzami w łączeniu tychże płacht i tworzeniu finezyjnych ubiorów. Zaznaczyć przy tym trzeba, że ubierali się raczej nieczęsto – raczej na uroczystości i ceremonie, a powszechnie chadzali jedynie w skromnych przepaskach zakrywających intymne części ciała. Ale skoro już jesteśmy przy bawełnie, to koniecznie trzeba wspomnieć i o tym, że Tainowie pletli wspaniałe mocne liny i maty, a także hamaki (które to słowo na trwale przyjęto z ich języka).

Archeolodzy badający kulturę Taino twierdzą, że ludzie ci słabo radzili sobie z produkcją ceramiki, ale za to zdecydowanie lepiej tworzyli w drewnie. Wiemy, że potrafili wykonywać solidne stołki i fotele, a te należące do władców pięknie zdobić. Doskonale radzili sobie ze szlifowaniem drewna, które nabierało blasku i gładkości porównywanej do tafli szkła. Z opisów pierwszych białych kolonizatorów wiemy też, że Indianie potrafili wykonywać bogato zdobione rzeźby służące im do ceremonii religijnych. Rzadko odnajdywane są jakiekolwiek rzeźby z kości, czy kamienia, bowiem Indianie nie znali żelaza, a co za tym idzie nie potrafili poradzić sobie z obróbką twardych materiałów.

Niestety, o samej religii wyznawanej przez Indian nie wiemy zbyt wiele. Naukowcy są przekonani, że Tainowie czcili najróżniejsze twory natury, a w tym oczywiście słońce i gwiazdy. W jaskiniach urządzali miejsca kultu zdobiąc je prostymi rysunkami i rzeźbami drewnianymi. Prawdopodobnie wyróżniali dwa nadrzędne bóstwa  – niebo i ziemię, a przy tym wierzyli, że po śmierci duchy dobrych ludzi wędrują do raju, który znajdował się wedle ich mniemania na krańcu południowo-zachodniego półwyspu Haiti. Raj ów widziano, jako krainę spokoju i odpoczynku, a przy tym oczywiście dostatnią w pożywienie. Ceremonie religijne Tainów pełne były muzyki, śpiewu i tańca, które to ludzi ci najwyraźniej bardzo lubili. Grano wtedy na instrumentach prostych – fletach, bębnach różnej wielkości i gongach.

Ciekawostką jest to, że Tainowie uwielbiali grać w piłkę. Wiemy, że widowiska sportowe cieszyły się niezwykła popularnością, a w grze uczestniczyły także kobiety. Samą piłkę wykonywano ze stwardniałego, choć nadal elastycznego soku pozyskiwanego z roślin. Graczy dzielono na dwie drużyny, a naczelną zasadą było takie odbijanie piłki od jednej do drugiej drużyny w taki sposób, aby przeciwnik upuścił ją na ziemię. Zabawa nie była łatwa, bo piłkę odbijać można było tylko głową, barkami, łokciami, biodrami i kolanami! Mecze urządzono na starannie przygotowanych boiskach, a widzowie obserwowali rozgrywki zasiadając na swego rodzaju trybunach, na których honorowe miejsce zajmowali lokalni władcy.

I tak żyliby pokojowi Tainowie rozwijając swoją kulturę i społeczności, gdyby mniej więcej na przełomie XIV i XV wieku na wyspę nie przybyli wojowniczy Karaibowie, którzy przypłynęli z północnej części kontynentu południowoamerykańskiego. Od tej pory Tainowie nie zaznali już spokoju dręczeni najazdami okrutnych przybyszów. Ich prześladowcy wyglądali podobnie jak Tainowie, ale nastwieni byli na agresywny podbój. Czytając o Karaibach ma się wrażenie, że byli swego rodzaju wikingami tamtej epoki i miejsca. Od małego szkolili się w pływaniu oraz w sztuce wojennej, a najwyżej cenili sobie odwagę oraz zręczność w walce. Wodzów też wybierano tylko na czas trwania danej wyprawy kierując się ich wcześniejszymi dokonaniami wojennymi, odwagą i siłą.

W starciu z wojowniczymi Karaibami pokojowo nastawieni Tainowie nie mieli żadnych szans. Nie posiadając doświadczenia w walce łatwo ulegali sile przeciwnika. Wiemy, że najazdy Karaibów były bardzo brutalne, a prawdopodobnie wręcz obliczone na to, że ich skutki przerażą okolicznych mieszkańców. Wioski napadano nocą podpalając co się tylko dało za pomocą ognistych strzał. Karaibowie dobrze strzelali z łuków, a przy tym potrafili wykonywać zapalające strzały za pomocą umieszczanej zamiast grotu natłuszczonej wełny, którą przed wystrzeleniem podpalano. W walce posługiwali się też ciężkimi maczugami, które zadawały straszliwe obrażenia łamiąc kości i unieruchamiając bezbronne, poturbowane ofiary.

Po zdobyciu wioski zaczynała się straszliwa rzeź. Następnie kultywujący kanibalizm Karaibowie zjadali ciała pokonanych mężczyzn. Kobiety oszczędzano biorąc je w niewolę lub czyniąc żonami. Z czasem następowało więc wymieszanie się Karaibów z Tainami, przy czym rzecz ciekawa – wychowywani w takich związkach chłopcy mówili w języku wojowniczych ojców, ale córkom matki przekazywały kulturę i język pokojowych Tainów. Skoro jednak wspomniałem o młodych Karaibach to przytoczę tu opis próby, jaką przechodził każdy chłopak zanim został wojownikiem. Tak opisuje to Tadeusz Łepkowski w swojej znakomitej książce „Archipelagu dzieje niełatwe”:

„Ojciec chwyta dzikiego ptaka i bije nim syna aż do chwili, gdy trzepoczące zwierzę przestanie żyć. Następnie zadaje się chłopcu ranę zębem aguti […] umoczonym w krwi ptaka pomieszanej z pieprzem (papryką). Młody wojownik musi znieść ból bez zmrużenia oka. Potem zjada surowe ptasie serce i zostaje odesłany do swego hamaku, gdzie przez pewien czas leży bez pożywienia. Po tych próbach cierpienia – okaleczeń, głodu i pragnienia – chłopiec staje się dojrzałym wojownikiem, wchodzi do grona dorosłych mężczyzn”.

Trudno się dziwić, że ci twardzi, zahartowani w walce mężczyźni nie bali się żeglować przez setki kilometrów, aby dotrzeć do wiosek Tainów. Wiemy, że z morskim żywiołem radzili sobie doskonale potrafiąc żeglować i wiosłować, a przede wszystkim budować lekkie, smukłe łodzie, z których największe pomieścić mogły aż 80 wojowników. I tak tuż przed przybyciem Kolumba były już na wybrzeżu Hispanioli wioski założone przez wojowniczych zdobywców, którzy jednak stanowili zdecydowaną mniejszość na wyspie. Przeważali Tainowie choć nadal trwają spory odnośnie ich liczby. Badacze nie są w tej sprawie zgodni: jedni gotowi się udowadniać, że Tainów było nawet 5 milionów, a inni, że ledwie 300 tysięcy. Najmniej skrajni ostrożnie szacują liczbę Tainów na 500 tysięcy. Jak było naprawdę nie dowiemy się pewnie nigdy.

Niestety, świat Indian Taino przepadł wraz z nastaniem epoki kolonizatorów. Jak już wiemy, rdzenni mieszkańcy wyspy wymierali szybko gnani do niewolniczej pracy w kopalniach złota i na plantacjach, a także wyniszczani chorobami przywiezionymi z Europy. Paradoksalnie opisy ich życia przetrwały właśnie w dziełach białych ludzi, którzy przynieśli im tyle nieszczęść. Zainteresowanych tematyką odsyłam do wiekopomnego dzieła, którego autorem jest znany nam już Bartolome de Las Casas, a którego tytuł brzmi „Krótka relacja o wyniszczeniu Indian”. Książka ta miała w Polsce dwa, dość oddalone od siebie w czasie, powojenne wydania, z których pierwsze w 1956 roku (wydawnictwo PAX), a drugie w 1988 roku (wydawnictwo „W drodze”). Co ciekawe Dominikańczycy szczycą się swoimi dalekimi przodkami i ich kulturą. W kilku muzeach znajdujących się w Santo Domingo znajdziemy przedmioty związane z Indianami Taino i przy okazji wizyty na wyspie warto je obejrzeć („Museo de las Casas Reales”, „Museo del Hombre Dominicano”). W 1975 roku wyemitowano także przepiękną monetę o nominale 100 peso, której motywem przewodnim jest “Arte Taino”:

100-Pesos-Taino-art---statuette

źródło:http://colnect.com/es/coins/coin/31565-100_Pesos_Taino_art_-_statuette-1955~Today_-_Numismatic_Products-Rep%C3%BAblica_Dominicana