Cz. VI „Czas motyli, czyli historia pisana krwią”

Andrzej Młynarczyk

Zapewne większość pań zainteresowanych historią Republiki Dominikany sięgnie po książkę „Czas motyli”, którą napisała Julia Alvarez. A dlaczego pań? Cóż, z moich obserwacji wynika, że panowie szybciej zniechęcają się do tej lektury. Jest to pewnie skutkiem tego, że jednak w polskiej kulturze również daje się łatwo odczuć wpływ „machismo”. Jak już kiedyś mówiłem – mamy dużo wspólnego z Dominikańczykami i pewnie większość panów wolałaby czytać o wspaniałych poczynaniach mężczyzn, którzy stawiali dzielny opór reżimowi Trujillo. Tymczasem „Czas motyli” to opowieść o świecie kobiet i ich wielkiej odwadze wykazywanej często w sytuacjach zwyczajnych, codziennych. Nie znajdziemy w niej partyzanckich walk, czy zasadzek na żołnierzy. Opisana w książce konspiracja ma charakter bardzo nieudolny, wręcz śmieszny, bo też prowadzona była przez ludzi młodych, nie mających w tej dziedzinie żadnego doświadczenia. A jednak jeśli interesujemy się historią Republiki Dominikany, to przeczytać „Czas motyli” trzeba koniecznie. Dlaczego? Zaraz o tym opowiem.
Na razie spróbujemy stwierdzić ile z prawdziwej historii jest w opowieści Julii Alvarez. Na początek przyda nam się kilka obowiązkowych słów o bohaterkach „Czasu motyli”, czyli siostrach Mirabal. Otóż, Patria Mercedes Mirabal (urodzona 27 lutego 1924 roku), Minerva Argentina Mirabal (urodzona 12 marca 1926 roku) oraz Antonia Maria Teresa Mirabal (urodzona 15 października 1936 roku) zostały zamordowane przez siepaczy Trujillo z powodu swojej opozycyjnej działalności politycznej. Do tego okrutnego morderstwa doszło w dniu 25 listopada 1960 roku. Tragicznego losu uniknęła jedynie czwarta siostra, która tego dnia nie podróżowała z pozostałymi. Była to Bélgica Adela Mirabal-Reyes nazywana przez wszystkich „Dedé”.
W książce Julii Alvarez możemy przeczytać o losach sióstr od wczesnego dzieciństwa aż do ich tragicznej śmierci. Dowiadujmy się jakie były dzieje rodziny Mirabal, która weszła w „Erę Trujillo” spokojnie i bez żadnych większych problemów. Poznajemy życie dziewczynek w średnio zamożnej rodzinie, ich proces kształcenia i późniejsze wybory życiowe. Jednak muszę ostrzec tych wszystkich, którzy jeszcze książki nie czytali, a chcieliby poznać historię prawdziwą, bo oto co sama autorka pisze w posłowiu:
„Tak więc opisywane na stronach tej książki siostry Mirabal nie są ani postaciami historycznymi, ani nawet tymi znanymi z legendy. Nie poznałam ich osobiście, nie udało mi się także dotrzeć do ich biografii, która dostarczyłaby wystarczającej ilości informacji lub opisów utalentowanego i pochłoniętego tematem autora, bym mogła wiernie odtworzyć ich sylwetki. […] Zatem opisane tu bohaterki to wytwory mojej wyobraźni – zmyślone, ale mam nadzieję, bliskie duchem prawdziwym siostrom. Na dodatek, choć zapoznałam się z faktami na temat reżimu i z wydarzeniami mającymi miejsce podczas trzydziestojednoletniego okresu despotycznych rządów Trujillo, czasem pozwalałam sobie na modyfikacje: zmieniałam daty, rekonstruowałam wydarzenia, łączyłam kilka postaci lub historii w jedną”.
W zasadzie powyższe słowa Julii Alvarez wyczerpują dyskusję na temat tego, czy „Czas motyli” można nazwać książką historyczną lub choćby taką, która aspiruje do bycia mocno osadzoną w historii. Nie oznacza to jednak, że dla nas – osób interesujących się dziejami Hispanioli – jest to pozycja bezwartościowa. Wielkim atutem „Czasu motyli” jest próba (moim zdaniem udana) wprowadzenia nas w atmosferę tamtych lat i pokazania z czym mierzyć się musieli ludzie żyjący w państwie rządzonym przez Trujillo. Książkę tę przeczytać trzeba nie dla faktów historycznych, z którymi autorka radzi sobie różnie, ale właśnie dlatego, aby poznać mechanizmy dyktatury i losy Dominikańczyków uwikłanych w polityczną zawieruchę końca „Ery Trujillo”.
Przyjrzyjmy się przez chwilę rodzinie Mirabal. Wiemy, że w hierarchii społecznej stała wyżej od pracujących w pocie czoła mieszkańców wsi. Mirabalowie posiadali własną ziemię, a dochody uzyskiwane przez ojca stopniowo rosły powodując, że rodzina wchodziła tym samym do miejscowej, lokalnej elity skupionej wokół miasta Salcedo. Okolice Salcedo – dziś stolicy prowincji Sióstr Mirabal (Hermanas Mirabal Province) – to tereny rolnicze i niezbyt zamożne. Ludzie utrzymują się obecnie z pracy na plantacjach i w czasach rządów Trujillo było podobnie. Jeśli są wśród Was zapaleni przeszukiwacze Internetu, którzy będą chcieli dowiedzieć się jak najwięcej o tej miejscowości i życiu mieszkańców, to szybko zorientują się, że oprócz „Casa Museo de la Hermanas Mirabal”, czyli muzeum poświęconemu siostrom Mirabal, trudno tam o jakiś obiekty, które wyróżniono, jako godne odwiedzenia. Słowem, w czasach opisanych w książce Julii Alvarez panowała tam bieda, a każda rodzina, która potrafiła wyrwać się z niej, stawała o stopień wyżej w hierarchii społecznej. Czy dziś wiele się zmieniło? Moim zdaniem nie, ale jeśli chcecie sobie sami wyrobić zdanie to polecam zacząć od zajrzenia na stronę pewnego bloga, w którym znaleźć można choćby współczesne zdjęcia domu-muzeum, a także zwykłych domów z okolic Salcedo: http://colonialzone-dr.com/dr_gringa_blog/2011/02/09/road-trip-salcedo/

Niewątpliwie rodzinie Mirabal żyło się lepiej niż mieszkańcom wsi, którzy musieli fizycznie pracować na plantacjach. Dziewczynki otrzymały wykształcenie, co świadczyło o tym, że ich pokolenie pokonało jeden stopień więcej niż rodzice. Julia Alvarez sugeruje w książce, że pani domu nie potrafiła czytać, co wydaje się całkiem prawdopodobne. Z opisów wywnioskować można również, że ojciec dziewczynek chętnie korzystał z ich pomocy w prowadzeniu gospodarstwa i sklepiku, co szczególnie dotyczyło rachunków oraz podobnych spraw, które nazwalibyśmy „papierkową robotą”. Świadczyć to może o tym, że rodzina Mirabal ciężko musiała zapracować na awans społeczny. Pamiętać też musimy o tym, że niewątpliwie czasy dyktatury pozwoliły wielu drobnym plantatorom i sklepikarzom na to, aby dorobili się na względnej koniunkturze. Zanim pod koniec rządów „Kozła” spadły na Dominikanę międzynarodowe sankcje gospodarcze, to wydawało się, że istotnie – zgodnie z zapewnieniami propagandy – przynajmniej części mieszkańców żyło się lepiej.
Czemu poświęcam tyle miejsca sytuacji materialnej rodziny Mirabal? Otóż chciałbym pokazać, że dziewczęta świadomie zaryzykowały to wszystko co ich rodzina w pocie czoła zdobyła. Miały przecież świadomość, że przeciwnicy władzy tracili wówczas wszystko – nie tylko swój osobisty majątek. Władze konfiskowały dobra całej rodziny, a skutkowało to tym, że krewni oskarżonego często w ciągu jednego dnia zostawali tylko w przysłowiowej „jednej koszuli”. Sądy doskonale pacyfikowały wszelką krytykę władzy opierając się na zasadzie odpowiedzialności zbiorowej, której efekty dotykały całą rodzinę, a nie tylko osobę zaangażowaną w działalność antypaństwową. Pomimo tego siostry podjęły ryzyko włączając się aktywnie w działania opozycyjne, które przyniosły im później śmierć.
W tym miejscu trzeba napisać coś więcej o losach opozycji politycznej w czasach Trujillo. Zapewne Dominikańczyk Junot Díaz, autor doskonałej książki „Krótki i niezwykły żywot Oscara Wao”, zapytałbym z przekąsem: „Opozycji? Jakiej opozycji?” i miałby rację. Zaraz po dojściu do władzy Trujillo rozpoczął proces likwidacji przeciwników politycznych. Do legendy przeszedł perfidny sposób, w który dyktator wykorzystał potężny huragan, jaki w 1930 roku zniszczył Santo Domingo. Siepacze Trujillo mordowali bez żadnej litości polityków, działaczy związkowych, intelektualistów i studentów, a później w oficjalnych dokumentach przedstawiano ich, jako ofiary huraganu. Państwo pod rządami Trujillo pogrążyło się również w brudnej fali donosów. Najbardziej gorliwi i skuteczni donosiciele nagradzani byli majątkiem swoich ofiar, o czym również możemy przeczytać w „Czasie motyli”. Warto wspomnieć, że autorka książki doskonale oddaje tę specyficzną aprobatę władzy dla donosicielstwa.
Żeby lepiej zrozumieć losy sióstr Mirabal trzeba sobie również uświadomić, że rządzący od 1930 roku Trujillo zmienił państwo w swój prywatny folwark i powiedzeniu tym nie ma wcale przesady. Zacznijmy od tego, że większość najlepszej uprawnej ziemi przeszła na własność dyktatora, członków jego rodziny i nielicznych zaufanych osób, którymi się otaczał. Podobnie było z innymi gałęziami gospodarki, bo dyktator posiadał także huty szkła, fabryki tekstylne, rzeźnie oraz browary. Oczywiście kontrolował również działający w kraju przemysł zbrojeniowy. Ważne jest jednak to, że klan Trujillo zagarniał wszystko to co chciał, a często metodą było wymuszanie oddanie majątku przez zastraszenie bogatszych rodzin lub urządzanie sfingowanych procesów, w których efekcie przepadały plantacje, sklepy, fabryki lub wielkie hodowle bydła.
Co prawda Julia Alvarez o tym nie pisze, ale na plantacjach należących do dyktatora pracowali więźniowie dostarczani z państwowych zakładów karnych. Oznaczało to, że wraz z zapotrzebowaniem na zdrowych i silnych mężczyzn policja musiała zwiększać liczbę aresztowanych, którzy w efekcie końcowym trafiali do przymusowej pracy. Sam system policyjny państwa był także podporządkowany ochronie dyktatora oraz jego interesów. Trujillo nazywany w oficjalnej tytulaturze „Dobroczyńcą” nie ufał nikomu i starał się, aby w jego państwie każdy kontrolował każdego, a zasada ta dotyczyła również samej policji. W praktyce istniały więc aż cztery siły policyjne, które nie tylko nieustannie tropiły wrogów przywódcy, ale też czujnie patrzyły sobie na ręce szukając jakichkolwiek oznak braku lojalności wobec władzy.
Dyktator miał do swoje dyspozycji również siły zbrojne, które były zorganizowane tak, aby żadna z formacji nie mogła zyskać przewagi nad innymi i posiadać wystarczającej siły do obalenia władcy. W efekcie doprowadziło to do kuriozalnej sytuacji, w której każdy rodzaj sił zbrojnych starał się mieć środki na samodzielne prowadzenie działań w sytuacji zagrożenia. I tak lotnictwo, czy marynarka wojenna posiadały również w swojej dyspozycji odpowiednią liczbę typowych oddziałów lądowych, a nawet broni pancernej.
Jak więc w takich warunkach działać miała jakakolwiek dobrze zorganizowana pozycja? Wydaje się to rzeczą niemożliwą i faktycznie przez wiele lat nie doszło do powstania czegoś co moglibyśmy nazwać ruchem masowym. Pierwszą oznaką poważnych zmian na tym polu było pojawienie się „Rewolucyjnego Ruchu 14 czerwca” („El Movimiento Revolucionario 14 de Junio”). Nazwa tego opozycyjnego ruchu politycznego upamiętniała nieudaną próbę desantu Dominikańczyków, którzy z Kuby przypłynęli na Hispaniolę w dniu 14 czerwca 1959 roku, aby zbrojnie obalić rządy Trujillo. Biorąc pod uwagę bardzo słabe przygotowanie desantu, niewystarczające rozpoznanie zarówno terenu, jak też ewentualnego wsparcia miejscowej ludności oraz tragiczne zabezpieczenie kontrwywiadowcze operacji, to całe przedsięwzięcie musiało i okazało się totalnym fiaskiem. Wojska rządowe za pomocą piechoty, samolotów i artylerii zmiażdżyły partyzantów wkrótce po ich lądowaniu. Wszystko to odbyło się wespół z mieszkańcami okolicznych wsi podburzonymi przez żołnierzy Trujillo. Sam dyktator mógł szczycić się tym, że odparł wrogą inwazję, która przypominać miała tę, jaka doprowadziła do obalenia znienawidzonego Batisty rządzącego na Kubie.
Powstały w 1960 roku „Ruch 14 czerwca” nie był organizacją spójną wewnętrznie i z założenia nie miał taką być. Przywódcom zależało na powstaniu organizacji skupiającej wiele mniejszych komórek opozycyjnych, których wspólnym celem było obalenie dyktatury i demokratyzacja kraju. Był to swego rodzaju program minimum, który gwarantował wspólne działanie. Połączenie opozycji w jeden ruch miało też dawać większą gwarancję na to, że służbom specjalnym trudniej byłoby go zniszczyć – w przeciwieństwie do pojedynczych, słabych i niewielkich grupek spiskowców. Wiemy z całą pewnością, że od samego początku to Minerva Mirabal osobą, która odgrywała w tym zjednoczonym ruchu ogromną rolę. W książce Julii Alvarez jest to doskonale pokazane i wydaje się, że intencją autorki było również uświadomienie czytelnikom, że pozostałe siostry zostały w pewien sposób zainspirowane przez Minervę. Co ciekawe „Czas motyli” przedstawia ewolucję poglądów dziewczynek od wczesnej młodości, kiedy to po raz pierwszy spotkały się z rówieśniczkami, których rodziny doświadczyły opresji ze strony rządu. Ile w tym prawdy? Tego nie umiem powiedzieć, gdyż wszystkie biograficzne opisy życia sióstr Mirabal wydają się być połączeniem faktów i mitów. Weźmy za przykład jeden z najbardziej symbolicznych momentów utrwalonych również w książce Julii Alvarez, czyli wydarzenia, które rzekomo rozegrały się na balu w dniu 12 października 1949 roku. Zarówno badacze dziejów Trujillo, a także ci, którzy starają się zgłębić historię sióstr Mirabal są zgodni, że tego dnia dyktator zorganizował bal w Hacienda Borinquen w Hatillo, w pobliżu miasta San Cristobal. Impreza miała odbyć się, aby uhonorować odkrywcę Ameryki, a wśród wielu gości znalazła się rodzina Mirabal. Od tego momentu pojawia się wiele niedomówień, mitów lub półprawd. Wiadomo na pewno, że Trujillo tańczył z Minervą i rozmawiał z nią. Wydaje mi się, że nigdy nie dowiemy się czego w istocie dotyczyła ta wymiana zdań, więc wszelkie spekulacje są jedynie próbą zapełnienia tej biograficznej luki. Czy podczas tańca dyktator składał Minervie nieprzyzwoite propozycje i czy skończyło się to wymierzeniem mu policzka? Osobiście wątpię w podobny rozwój wypadków, gdyż takie zachowanie młodej kobiety sprowadziłoby na nią – prawdopodobnie natychmiast – gniew Trujillo. Wiadomo jedynie, że rodzina Mirabal, wbrew zwyczajowi który mówił, że to Trujillo pierwszy wychodzi z balu dając tym samym znak do jego zakończenia, wyjechała wcześniej. Faktem jest również to, że od następnego dnia poczęły się interesować rodziną służby specjalne, co zakończyło się aresztowaniem ojca i osadzeniem go w Fortecy Ozama. Samą Minervę i jej matkę umieszczono w hotelu „Republika” (znajdował się na ulicy 30 marca w Santo Domingo) w swego rodzaju areszcie domowym.
Wydaje się prawdopodobne, że wydarzenia, które miały miejsce na balu wpłynęły znacząco na dalsze losy rodziny Mirabal. Od tej chwili rodzina Mirabal znajdowała się pod nadzorem służb, co spowodowało jedynie większą ostrożność sióstr. Jednak trzeba też przyznać, że coraz większe zaangażowanie sióstr w działalność opozycyjną musiało z czasem zostać przez władze zauważone. Sygnałem na to był między innymi brak zgody Trujillo na wykonywanie przez Minervę zawodu prawnika i to pomimo tego, że ukończyła studia z wyróżnieniem. Sytuacja pogorszyła się po zaangażowaniu sióstr w „Ruch 14 czerwca”. I tak na przykład utworzenie Komitetu Wykonawczego odbyło się 10 stycznia 1960 roku w domu Patrii Mercedes w Conuco. Co bardzo ważne – na spotkaniu tym obecne były wszystkie trzy siostry. Niedługo później – zapewne w wyniku działania donosicieli – rozpoczęły się aresztowania członków ruchu, które dotknęły również członków rodziny Mirabal.
Pomimo tego, że Trujillo zgodził się na wypuszczenie z więzienia sióstr, to jednak nie pozwolił na zwolnienie mężów. Właśnie w drodze z odwiedzin w więzieniu napadnięto na Minervę, Patrię i Marię Teresę. Siostry jechały jeepem prowadzonym przez Rufina de la Cruz. W pewnym momencie jeep został zatrzymany przez czterech funkcjonariuszy Służby Wywiadu Wojskowego (SIM „Servicio de Inteligencia Militar”), którymi byli Ciriaco de la Rosa, Ramón Emilio Rojas Lora, Alfonso Cruz Valerio oraz Emilio Estrada Malleta. Oprawcy zmasakrowali pałkami siostry oraz ich kierowcę, a następnie umieścili ciała w samochodzie, który zepchnęli z urwiska pozorując wypadek.
Jeden z morderców – Ciriaco de la Rosa zeznał, że funkcjonariusze rozdzielili między siebie przyszłe ofiary, aby ułatwić sobie dokonanie mordu. Sam Ciriaco zamordował Patrię. Alfonso Cruz Valerio wybrał Minervę. Malleta dokonał zbrodni na kierowcy, a Ramón Emilio Rojas Lora zabił Marię Teresę.
Po śmierci siostry Mirabal stały się narodowym symbolem walki ze znienawidzonym systemem. Do dziś Dominikańczycy czczą pamięć o nich otaczając swego rodzaju kultem. Niestety, „Czas motyli” wpisuje się raczej w tendencję do gloryfikowania niż do rzetelnego przedstawiania faktów, ale można śmiało powiedzieć, że bardzo trudno jest spojrzeć na bohaterów-męczenników zapominając choć na chwilę o tym, że lud wyniósł ich na narodowe ołtarze. Sama książka nieco na tym traci, choćby przez odrealnienie sióstr w pewnych opisywanych sytuacjach życiowych. Z drugiej strony nie można mieć autorce za złe, że w niektórych fragmentach uległa chęci wzmocnienia i tak silnego kultu, który przecież na trwale wpisał nie tylko w historię Republiki Dominikany, ale też świata. Trzeba przecież pamiętać, że w 1999 roku ONZ wyznaczyła dzień 25 listopada jako datę obchodów Międzynarodowego Dnia Eliminacji Przemocy wobec Kobiet, a datę tę wybrano właśnie dla podkreślenia wagi wydarzenia, jakim było zamordowanie sióstr Mirabal.
Na koniec powiem tylko, że dla mnie najciekawsze w książce Julii Alvarez jest spojrzenie autorki na losy tej z sióstr Mirabal, która żyje do dziś opiekując się domem-muzeum. Bélgica Adela Mirabal-Reyes, czyli „Dedé” jest kimś kto przeżył naprawdę wiele, a do tego musi nieustannie zaświadczać o tragedii swej rodziny. Naród wymaga od niej, aby była swego rodzaju kapłanką podtrzymującą ogień pamięci o męczenniczkach. Nie umiem sobie wyobrazić jak trudne musi być dla tej kobiety pozostawanie „żywy pomnikiem”, a jednocześnie częścią kultu, który roztoczono nad jej siostrami. Mam ogromną nadzieję, że kiedyś doczekamy się książki tylko o życiu „Dedé”, a szczególnie o tym, jak udało jej się przetrwać te wszystkie lata od upadku dyktatora, aż po współczesność.

Portrety sióstr znajdują się na banknocie o nominale 200 peso:

 peso

źródło: http://latertuliard.com/radio/archives/178241