Cz. VIII „Krótki i niezwykły żywot Oscara Wao” – przewrotna opowieść o diasporze

Andrzej Młynarczyk

W dwóch odcinkach naszego cyklu wspomniałem o dominikańskim autorze, który zwie się Junot Díaz i jego książce zatytułowanej „Krótki i niezwykły żywot Oscara Wao”. Nie mogę się powstrzymać, więc powtórzę, że tę genialną opowieść okrzyknięto książką roku 2007 i właśnie za nią autor otrzymał nagrodę Pulitzera rok później. Koniecznie muszę też podkreślać, że jest to chyba jedyna książka wydana w Polsce, która opowiada o Republice Dominikany oraz Dominikańczykach w sposób wesoły, choć jednocześnie bardzo przewrotny. Pełna czarnego humoru i nawiązująca nieustannie do świata fantastyki oraz SF, jest jednak wspaniałym opisem tego, co sam autor nazywa dominikańską „Diasporą”.

Dlaczego postanowiłem poświęcić właśnie tej książce jeden z rozdziałów naszego cyklu? Myślę, że warto to uczynić nie tylko po to, aby zachęcić Państwa do przeczytania „Krótkiego i niezwykłego żywota”, ale też, aby udowodnić, że jest to opowieść przesycona historią, choć podaną nam w sposób wielce oryginalny, a przez to bardzo atrakcyjny. Autor opowiada o życiu i dorastaniu nastoletniego Dominikańczyka, który mieszka w Stanach Zjednoczonych wraz z siostrą i matką. Nie byłoby w tym niczego dziwnego, gdyby nie to, że Oskar jest zaprzeczeniem wyobrażenia o Dominikańczykach, które funkcjonuje w zachodniej kulturze. Chłopak, mówiąc łagodnie, nie jest przystojniakiem, a do tego jest cichym i spokojnym miłośnikiem książek SF i fantasy. Wszystko to sprawia, że Oskar nie ma szczęścia do kobiet, choć bardzo pragnie zaznać miłości w swoim życiu. Słowem, trudno go nazwać dominikańskim super-facetem, który wpisywałby się w zjawisko machismo.

Junot Díaz w niesamowicie przewrotny sposób prowadzi nas przez opowieść o Oskarze i zanim się zorientujemy już poznajemy dzieje jego rodziny, a co za tym także samej Dominikany. Cofamy się do lat młodości matki głównego bohatera i poznajemy mroczne czasy dyktatury Trujillo, która zdaje się niczym klątwa ciążyć nad współczesnymi dziejami Republiki. A skoro już jesteśmy przy klątwie – zwanej na Hispanioli pod nazwą „fukú” – to muszę się do czegoś przyznać. Otóż, czytając „Żywot Oskara Wao” miałem nieustannie wrażenie, że czytam o Polsce i moich rodakach. Autor nieco ironizując pokazuje nam, jak Dominikańczycy widzą swego rodzaju pecha, czy też klątwę (fukú), która ciąży na ich kraju i narodzie. Począwszy od Kolumba, który przyniósł śmierć Indianom Taino, poprzez takie nieszczęścia, jak inwazja USA w 1916 roku, czy rządy Trujillo, aż do czasów najnowszych z ich korupcją, sprzedajnymi politykami oraz koniecznością opuszczenia kraju w poszukiwaniu pracy w USA. Śledząc polskie media, czy blogi, mam wrażenie, że my również wierzymy w nasze, słowiańskie „fukú”. Wierzymy, że jakieś fatum wisi nad krajem, który uległ zaborcom, przeżył okropności wojen światowych, komunizmu, a teraz znajduje się w takiej kondycji, że młodzi ludzie muszą szukać pracy zagranicą. Myślę, że gdyby Junot Díaz urodził się w Polsce to z pewnością napisałby swoją książkę, ale bohaterem uczynił młodego Polaka, który mieszka z mamą oraz siostrą gdzieś wśród emigrantów w Anglii.

Ale skoro już jesteśmy przy problemie emigracji to właśnie na nim chciałem się skupić przy okazji książki o losach Oskara. Otóż, opowieść o dziejach niezbyt przystojnego chłopaka jest w istocie historią Dominikańczyków, których diaspora funkcjonuje w świecie zachodnim, a przede wszystkim w USA. Jest to zjawisko bardzo ciekawe, bo stosunkowo nowe. Nie da się ukryć, że jeszcze nie tak dawno Dominikańczycy niezbyt często podróżowali po świecie. Ci, którzy czytali na temat okresu rządów Trujillo wiedzą, że dyktator odciął kraj od świata czymś, co Junot Díaz określa, nieco prześmiewczo, mianem „bananowej kurtyny”:

„W połowie drugiego dziesięciolecia rządów Pana Zło Wcielone Plátano [bananowa] Kurtyna tak dobrze spełniała swoją funkcję, że kiedy alianci wygrali drugą wojnę światową, większość pueblo nie miała o tym najmniejszego pojęcia. Ci, którzy znali prawdę, uwierzyli w propagandowe doniesienia, że Trujillo odegrał ważną rolę w pokonaniu Japończyków i szkopów.” [„Krótki i niezwykły żywot Oskara Wao” Kraków 2009, str. 203]

Dominikańczycy naprawdę nie wiedzieli o tym, o czym władza nie chciała, aby się dowiedzieli. Radio i gazety kontrolowane były całkowicie przez państwo. Obywatele nie mogli wyjeżdżać bez zgody władz, a każdy taki wyjazd był swego rodzaju przywilejem. Oczywiście niektórym Dominikańczykom udawało się otrzymać takie pozwolenie po gruntownym prześwietleniu ich lojalności wobec Trujillo. Czasem pomagały łapówki lub znajomości, a zapewne też łatwiej było podróżować zamożnym mieszkańcom wyspy – właścicielom wielkich majątków ziemskich, czy fabryk. Jednak granice otwarły się szerzej dopiero po śmierci dyktatora, kiedy to w kraju rządził wspomniany już w poprzednich częściach naszego cyklu – Joaquin Balaguer.

Pamiętając o tym co Junot Díaz pisał o Balaguerze, trzeba jasno stwierdzić, że nowy prezydent otwarł granice nie z miłości do swoich rodaków i także nie dlatego, aby pokazać im, że nastała wolność. Ten niezwykle sprytny polityk zrozumiał, że lepiej pozbyć się z kraju niezadowolonych wichrzycieli ekspediując ich jak najdalej. Starając się zachować maskę demokraty nie mógł stosować metod swego byłego szefa, choć przecież zabójstwa o charakterze politycznym nie ustały, a jedynie zmalała ich liczba i zniknęła trujillowska ostentacyjność. Balaguer postępował dokładnie tak, jak robiły to władze PRL z członkami opozycji demokratycznej, czyli kusił możliwością wyjazdu do bogatego kraju – najczęściej USA – ale wszyscy wiedzieli, że powrotu raczej nie będzie. Kiedyś natrafiłem w sieci na bardzo ciekawy wywiad z Polką, która wyszła za mąż za obywatela Dominikany, a która tak opisuje ich powrót na wyspę oraz okoliczności przyjazdu:

„Joanna Gładysek: Zacznijmy od początku.Kiedy przyjechałaś na Dominikanę?
Grażyna Kopiczyńska: Wylądowałam 31 grudnia 1974 roku.
Dlaczego właśnie wtedy? Skąd ta data?
– Z Polski wyjechaliśmy w czerwcu 1974, ale dowiedzieliśmy się, że w gazecie dominikańskiej opublikowano nazwisko męża na liście osób, które mają zakaz wjazdu do Dominikany. Dlatego polecieliśmy do USA, gdzie miał rodzinę. W Urzędzie Migracyjnym poprosił o zbadanie, czy rzeczywiście ma zakaz wjazdu do Dominikany i jeśli okazałoby się, że to prawda, chciał wystąpić o azyl polityczny. Odpowiedź z urzędu przyszła w kwietniu, a my już od stycznia byliśmy na Dominikanie. Wybraliśmy datę 31 grudnia, gdyż w tym dniu Dominikańczycy myślą tylko o tym, co ich czeka w nocy, piją dużo, wszyscy są bardzo szczęśliwi i zadowoleni. Oprócz tego znajomy szwagra miał wtedy dyżur na lotnisku, wiedzieliśmy więc, że nie będziemy bardzo kontrolowani i że mamy szansę na wjazd na wyspę. Faktycznie wszyscy byli bardzo zadowoleni, nie wiem, czy dlatego, że ja przyleciałam? (śmiech). Z lotniska wyjechaliśmy bez problemów. Po jakiś 2 kilometrach jazdy zatrzymały nas na czarno umundurowane służby, w czarnych kaskach, z długimi karabinami. Mało nie zemdlałam. Nie wiedziałam, czy to wojsko, czy policja. Jednak puścili nas. Dojechaliśmy i siedzę tu już 40 lat!

Dlaczego mąż nie mógł wrócić na Dominikanę? Przecież był Dominikańczykiem?
– W tamtych latach nikt, kto studiował w kraju socjalistycznym nie mógł z powrotem wjechać do Dominikany. Proamerykański rząd bardzo bał się komunistycznej propagandy. Było wielu takich ludzi. Po prostu studiowali w krajach socjalistycznych: w Związku Radzieckim, w Rumunii, na Węgrzech, w Bułgarii. W Polsce był tylko on jeden, potem przyjechał drugi student.

A skąd on się wziął w ogóle w Polsce?
– Większość stypendiów, jakie można było dostać, było przez partię komunistyczną. On nie był w partii komunistycznej, stypendium dostał przez Związek Studentów Dominikańskich, który miał kontakty z Międzynarodowym Związkiem Studentów w Pradze. Najpierw pojechał do Pragi i stamtąd posłali go do Polski.

Kiedy wjechaliście tutaj, nie miał już żadnych problemów, np. z pracą?
– Owszem, miał, chociaż na początku dostał pracę na uniwersytecie, ale na następną musiał czekać rok. Wtedy przeprowadziliśmy się do Santo Domingo.
[…]

Dlaczego zdecydowałaś się tu pozostać?
– Z tym to jest wcale niełatwa sprawa. Poznałam tu Rumunkę, która przyjechała 2 lata po mnie. Po 1978 roku tutaj się bardzo zmieniło, wygrała partia PRD (Partido Revolucionario Dominicano – Dominikańska Partia Rewolucyjna) i nie prześladowano już osób z krajów socjalistycznych. Tzn. rząd nie prześladował, ale dostać pracę w firmie amerykańskiej nadal graniczyło z cudem.

Ale przed tymi zmianami, w jaki sposób prześladowano ludzi z krajów socjalistycznych?
– Zatrzymywano ich, a niektórych deportowano. Aresztowano przy wjeździe. Ty już mieszkasz tu jakiś czas na Dominikanie i wiesz, że tutaj trzeba mieć w rodzinie albo wśród bliskich znajomych: lekarza, policjanta i polityka. Sprawy załatwia się przez znajomego kolegi, który ma szwagra, który z kolei zna kogoś, kto może w jakiś sposób pomóc. W ten sposób można wszystko załatwić.”

[Zacytowany fragment pochodzi ze strony: http://ewawojciechowska.pl/miejsca-i-smaki/ludzkie-historie-zycie-na-dominikanie/ ]

Jak widać na podstawie opowieści Pani Kopiczyńskiej, obywatele Dominikany, którzy wyjechali zagranicę, a których władze podejrzewały o sprzyjanie poglądom lewicowym, mogli otrzymać zakaz powrotu. Ten prosty mechanizm gwarantował, że na wyspę emigranci będą co najwyżej przesyłali pieniądze dla swoich rodzin, ale sami nie powrócą i nie będą „zatruwali” innych poglądami niezgodnymi z proamerykańską polityką. I tak właśnie zaczęła się powiększać liczba obywateli Republiki Dominikany, którzy wyjechali z kraju. Po 1978 roku, kiedy Balaguer chwilowo stracił swoje polityczne wpływy, do ludzi tych dołączyli inni, którzy najzwyczajniej chcieli dorobić się pracując poza wyspą. Rozpoczął się ogromny proces, który trwa do dziś, a który w efekcie stworzył na świecie – ze szczególnym uwzględnieniem USA – całkiem sporą diasporę Dominikańczyków.

Można śmiało powiedzieć, że żyjący zagranicą Dominikańczycy, ich dzieci i wnuki, ciągle czują się związani ze swoją piękną wyspą. Doskonale pokazuje to Junot Díaz opisując w swojej książce powrót Oskara na Hispaniolę. Najpierw jest to powrót taki, jak innych emigrantów, czyli chwilowy, świąteczny, czy raczej wakacyjny – pełny przyjaznych uśmiechów rodziny, plażowania, popijania piwa „Presidente” i zachwycania się urokami wyspy. Kiedy jednak chłopak oznajmia, że to jednak właśnie jest jego miejsce na ziemi, to autor książki postanawia uświadomić czytelnikom, że ludzie, którzy żyli i wychowywali się poza Dominikaną, stają się do pewnego stopnia obcy, przestają pasować do dominikańskiej rzeczywistości, bo nie rozumieją jej. Takie fukú?

Cóż, zapewne jeśli komuś zechce się poszukać w Internecie blogów polskich emigrantów żyjących np. w Anglii to przekona się, że wychowywane z dala od Polski dzieci mają te same trudności, które przeżywał biedny Oskar. Dla nich też powrót do kraju rodziców i dziadków wiąże się z przyjemnymi przeżyciami, jeśli oczywiście mowa o powrocie chwilowym, kiedy jest się np. gościem podczas świąt. Natomiast chęć zakorzenienia się tutaj będzie zapewne połączona z szokiem, a także nieprzyjemnościami, które – tak dla pocieszenia – będą mniejszymi niż te przeżywane przez Oskara w Dominikanie.

Ale zostawmy na razie podobieństwa pomiędzy Polakami i Dominikańczykami i powróćmy do treści książki, aby powiedzieć coś więcej o jej niezwykłych bohaterach. Junot Díaz daje czytelnikom świetną lekcję historii opisując dzieje przodów Oskara i ich perypetie zaplątane w najnowsze dzieje Dominikany, które skażone zostały rządami Trujillo. Abelard Cabral, dziadek głównego bohatera – niegdyś majętny lekarz – miał nieszczęście zażartować pewnego wieczoru na temat Dobroczyńcy narodu. Niedługo później był już aresztowany i oczekiwał w celi na sfingowany proces, bo najwidoczniej ktoś z towarzystwa doniósł na żartownisia. Później autor przeprowadza nas przez stadia upadku rodziny Abelarda – dziesięcioletni wyrok dla ojca, okrutne losy więźnia, konfiskaty majątku, tragiczne i niewyjaśnione śmierci najbliższych, aż poznajemy dopiero narodzone, ostatnie w rodzinie dziecko – dziewczynkę, która jako jedyna przeżyła te potworne wydarzenia.

Następnie śledzimy losy dziewczynki, która wychowuje się w Dominikanie i dorasta w ostatnich latach „Ery Trujillo”. Belicia Cabral, zwana Beli, przeprowadza czytelnika przez wiele wydarzeń nie mniej smutnych i tragicznych niż te, których doświadczyli wcześniej inni członkowie jej rodziny. Podrzucana od jednego krewnego do drugiego, zaniedbana i poniewierana przez prostackich opiekunów żyjących na wsi, w końcu zostaje odnaleziona przez daleką kuzynkę Abelarda, która czuje się w obowiązku zaopiekować się dziewczynką, aby spłacić dawny dług wdzięczności. Wraz z dorastającą Beli obserwujemy zwyczaje Dominikańczyków, ich mniejsze i większe grzeszki, przyglądamy się też temu w jaki sposób usiłowali zachować normalność żyjąc w państwie Trujillo. I to jest właśnie wielka wartość „Krótkiego i niezwykłego żywota Oscara Wao”, bo książka ta uczy nas historii, ale robi to w sposób zupełnie inny niż nudny, belferski, kojarzący się z podręcznikiem. Autor przeplata opowieść anegdotami – być może zasłyszanymi od dominikańskich krewnych, czy znajomych – i wszystko co czytamy nagle staje się nagle bardzo autentyczne, a przez to świetnie oddziałuje na naszą wyobraźnię. Weźmy na przykład taką krótką, ale jakże wymowną opowieść z czasów Trujillo, którą autor zaczerpnął z kolei z „La Era de Trujillo”:

„[…] kiedy komisja egzaminacyjna poprosiła pewnego studenta o opisanie kultury na kontynentach amerykańskich przez Kolumbem, ten odparł bez wahania, że najważniejszą kultura przedkolumbijską na kontynentach amerykańskich była „Republika Dominikańska za Trujilla”. Ale jaja. A najśmieszniejsze jest to, że egzaminatorzy nie chcieli oblewać delikwenta, jako, że ten „wspomniał o El Jefe”. [„Krótki i niezwykły żywot Oskara Wao” Kraków 2009, str. 204]

Podobna w swojej wymowie jest opowieść o nauczycielu z Santo Domingo:
„To mi przypomina smutny przypadek Rafaela Yépeza: w latach trzydziestych Yépez prowadził w stolicy, niedaleko miejsca, gdzie się wychowałem, małą szkołę średnią, która zaspokajała ladroncitos [złodziejaszki] niższego szczebla Trujillato [rządy, epoka Trujillo]. Pewnego niefortunnego dnia Yépez poprosił uczniów, żeby napisali wypracowanie na wybrany przez siebie temat […] i jak można się spodziewać, jeden z chłopców postanowił napisać pieśń pochwalną na cześć Trujillo i jego małżonki Doñi Marii. Yépez popełnił błąd sugerując w klasie, że inne Dominikanki zasługują na nie mniej pochwał niż Doña María i że w przyszłości młodzi mężczyźni tacy jak jego uczniowie również zostaną wielkimi przywódcami jak Trujillo. Myślę, że Yépez pomylił Santo Domingo, w którym mieszkał z jakimś innym Santo Domingo. Tamtej nocy nieszczęsnego nauczyciela, jego żonę, córkę i wszystkich wychowanków policja wojskowa wyciągnęła z łóżek i wywiozła ciężarówkami do twierdzy Ozama na przesłuchanie. Uczniów później wypuszczono, nikt jednak nie usłyszał już o biednym Yépezie, jego żonie i córce.” [„Krótki i niezwykły żywot Oskara Wao” Kraków 2009, str. 94]

Czy można się dziwić, że kiedy tylko granice otwarły się przed Dominikańczykami to ruszyli oni w świat, aby szukać tego, czego nie mogli znaleźć na swojej wyspie? W poszukiwaniu lepszego życia, wolności i bogactwa, na emigrację udała się również powieściowa matka Oskara, czyli Belicia Cabral. Wyjeżdżając ludzie zostawiali za sobą trudne i ponure historie, rodzinne problemy oraz kłopoty z policją. Jechali do świata, którego nie znali, a który uważali za lepszy. Tymczasem Junot Díaz prowadzi nas przez emigracyjne życie Beli, a także jej córki Loli i syna Oskara udowadniając, że bardzo niewielu Dominikańczykom udało się zrealizować swoje nadzieje związane z nowym życiem. Bariera językowa, „nieodpowiedni” kolor skóry, brak wykształcenia, stereotypy silnie zakorzenione w bogatym społeczeństwie zachodu, podziały i waśnie wśród samych Dominikańczyków, to tylko niektóre z powodów, jakie sprawiały, że większość z nich na zawsze pozostawała w dominikańskich osiedlach wielkich amerykańskich miast i nigdy nie dorobiła się tego, o czym marzyła opuszczając Hispaniolę.

Nie mniej trudny i bolesny jest wspomniany już przeze mnie powrót Oskara do Dominikany, a co za tym idzie jego zderzenie się ze współczesnością tego kraju. Opisując korupcję, czy wszechwładzę bezkarnej policji, gdzieś między wierszami, Junot Díaz zadaje pytanie o to, co Dominikańczycy zrobili ze swoją wolnością, gdy już pozbyli się upiornego dyktatora? Jednocześnie ustami zrozpaczonej Loli udziela bardzo ponurej odpowiedzi, która podsumowuje całą opowieść o historii kraju oraz narodu w jednym gorzkim zdaniu: „Jesteśmy dziesięcioma milionami Trujillów, niczym więcej”. I znów przychodzi mi do głowy porównanie z Polakami, bo przecież my też często zastanawiamy się co stało się z naszą wolnością po 1990 roku? Co zrobiliśmy z tym, co trafiło do naszych rąk po upadku komunizmu? Jaki naród budujemy i jakie tworzymy społeczeństwo? Pocieszam się, że żaden z naszych pisarzy nie podsumował Polaków, jako trzydziestu ośmiu milionów Jaruzelskich, czy Kiszczaków, ale czy możemy powiedzieć, że wszystko się udało?

Wydaje się, że Junot Díaz odpowiada na podobne pytania swoim czytelnikom – tym, którzy mają jakieś wątpliwości i wskazuje, że emigracja jest, a także jeszcze długo będzie koniecznością. Przyłączenie się do diaspory rozrzuconej z dala od Hispanioli dla jednych Dominikańczyków będzie koniecznością, dla innych wyborem, a jeszcze dla innych spełnieniem marzeń, które na wyspie spełnić się nie mogą. Kolejne pokolenia będą więc szukały swego miejsca w Miami, Nowym Jorku, czy Bostonie, a może też w Europie. Tylko kto wtedy będzie zmieniał Dominikanę i zacierał ślady po tym co zatruły czasy Trujillato? Ile wówczas będzie trwało podniesienie społeczeństwa z ubóstwa, analfabetyzmu i oscar-waoprzeświadczenia, że bez łapówki, czy znajomości nie da się żyć normalnie? Czyżby jednak dominikańskie „fukú”…?

Na zakończenie chciałbym pocieszyć wszystkich Czytelników tym, że na razie odpoczniemy naszym cyklu od mrocznych czasów dyktatury Trujillo, a w najbliższych odcinkach postaram się sięgnąć nieco dalej wstecz. A na razie zachęcam wszystkich do przeczytania „Krótkiego i niezwykłego żywota Oscara Wao”, bo też jest to książka wspaniała i na pewno taka, która pozwala nam lepiej zrozumieć najnowsze dzieje Republiki Dominikany oraz charakter Dominikańczyków – ich sposób patrzenia na świat, a przede wszystkim na siebie samych.

Diaz_Krotkiiniezwyklyzywot_500pcx

Andrzej Młynarczyk

źródła ilustracji:

https://rogersbooks.wordpress.com/2014/04/24/the-brief-wondrous-life-of-oscar-wao-junot-diaz/

http://www.znak.com.pl/kartoteka,ksiazka,2395,Krotki-i-niezwykly-zywot-Oscara-Wao