Cz. X pt. „Polacy w Republice Dominikany”

Poznając dzieje Hispanioli i szukając informacji do kolejnych odcinków naszego cyklu poznaję wielu wspaniałych ludzi, którzy zapadli na „ciężką miłość” do pięknej wyspy oraz Republiki Dominikany. Postanowiłem podzielić się tym co od nich usłyszałem i cieszę się, że mogę zaprezentować tutaj ich ciekawe, często naprawdę niesamowite historie. Zapewniam, że warto poświęcić trochę czasu na lekturę i przekonać się, że Hispaniola ma ogromną moc przyciągania. Nie będę ukrywał, że w wywiadach, które przeczytacie, nie zabraknie również ciekawych informacji o historii wyspy!

A dziś pragnę zaprezentować rozmowę z Panem Michałem  – zapalonym podróżnikiem, a także biznesmenem, który zainwestował swoje pieniądze, marzenia i ciężką pracę w Republice Dominikany. Zachęcam, bo Pan Michał  opowie nie tylko o tym, jak to się stało, że w zasadzie już przeniósł się z naszego kraju do Republiki Dominikany, ale też o tym, co zaobserwował żyjąc i pracując wśród Dominikańczyków.

Andrzej Młynarczyk: Michale, pierwsze pytanie to oczywiście ogromna prośba, abyś opowiedział nam trochę o sobie, a szczególnie o tym, jak to się stało, że właśnie Dominikana jest Twoim drugim domem?

Michał Pyszniak: Na wstępie bardzo chciałem podziękować za wywiad oraz możliwość podzielenia się spostrzeżeniami i doświadczeniami z Dominikany.

Otóż od małego byłem wychowywany w podróży. Mój tata był zawodowym koszykarzem, co wiązało się z wiecznymi przeprowadzkami. Tak więc urodziłem się na Śląsku, którego w ogóle nie poznałem, gdyż dwa lata po moich narodzinach wyjechaliśmy na Węgry. Najpierw mieszkaliśmy w Kecskemet, potem w małej miejscowości Paks. Tam chodziłem do przedszkola i skończyłem pierwszą klasę podstawówki. Następnie mieszkaliśmy rok w Jeleniej Górze. Klika lat polskiej podstawówki i szkoły średniej to już Lublin. Następnie rok mieszkałem w Tarnobrzegu, gdzie też grałem zawodowo w koszykówkę, jednakże ze względu na problemy zdrowotne musiałem zakończyć tą przygodę. Studia to natomiast Kraków. Oczywiście kierunki powiązane z turystyką – Zarządzanie w Turystyce i Kulturoznawstwo Starożytnych Cywilizacji na Uniwersytecie Jagiellońskim.

Po pierwszym roku studiów zacząłem wyjeżdżać zarobkowo za granicę. Najpierw były wyjazdy do Nevady i Connecticut w Stanach Zjednoczonych, a w następnym roku rozpocząłem przygodę jako rezydent biura podróży. W tym zawodzie właśnie kończę pracę z powodu zmiany miejsca zamieszkania – właśnie na Dominikanę. Jako rezydent, pilot, przewodnik oraz pasjonat podróżowania poznałem wiele krajów na kilku kontynentach, jednak czas spędzony w Dominikanie, zarówno w pracy jak i prywatnie, uważam za najlepszy w moim życiu. Dlatego jakiś czas temu, po kolejnej wizycie w Dominikanie, stwierdziłem „w końcu znalazłem miejsce gdzie chcę zamieszkać!!!”. I dlatego zaoszczędzone pieniądze przeznaczyłem na otwarcie firmy właśnie w Dominikanie.

A.M: Wiem, że to takie oklepane, ale bardzo chcę Cię prosić – spróbuj nam opisać Dominikańczyków. Byłbym wdzięczny, gdybyś mógł opowiedzieć o nich, o tym jak ich widzisz pracując i spędzając czas z nimi. Bardzo ciekawi mnie to, jak Ty postrzegasz tamtejsze społeczeństwo?

M.P: NAJWSPANIALSZY NARÓD NA ŚWIECIE!!! Większość społeczeństwa to ludzie prości. Jednak w ich prostocie jest tyle prawdy, naturalności i szczerości, że moglibyśmy się od nich uczyć relacji międzyludzkich. Są wiecznie uśmiechnięci i roztańczeni, i ani przez chwilę nie ma w tym sztuczności. Poznawałem inne kraje, inne kultury i bardzo często uśmiechy do przybyszów były związane tylko z chęcią zarobku. Na Dominikanie czegoś takiego nie spotkasz! Nawet ludzie pracujący w turystyce nie są nią zepsuci. Pomimo, że nie są bogatym społeczeństwem, nie będą cię nachalnie dręczyć o napiwek, sklepikarze nie będą natarczywie wołać byś coś od nich kupił. Wiadomo, że każdy chce zarobić, ale jak podziękujesz, to na pewno nikt się nie obrazi, a za to będzie Ci życzył miłego dnia. Czasem pomimo, że nie dałeś mu zarobić, zaprosi Cię jeszcze na piwo! W hotelach obsługa, która często pracuje po 12 godzin dziennie jest wiecznie uśmiechnięta. Od obsługi kelnerskiej po osoby koszące trawniki. To jest Dominikana turystyczna, a poza nią… ?! Wciąż ten sam klimat. Muzyka, zabawa i uśmiech. Czasem to wygląda wręcz komicznie np. jak wchodzisz do urzędu, a tam leży u każdego telefon na biurku z którego „leci” bachata i każdy sobie śpiewa, a pod stołem przebiera nogami. Albo policjant, który Cię zatrzymuje do kontroli i z jego samochodu dochodzi donośny dźwięk bachaty, a po chwili rozmowy nawzajem zapraszacie się na piwo.

Wyjedziesz na prowincję, zatrzymasz się w jednym z wielu colmado i gwarantuje Ci, że wzbudzisz takie pozytywne zainteresowanie, że zaraz zaproszą na szklankę miejscowego rumu. Santo Domingo trochę się różni. Jest to prawie 3-milionowa metropolia, w której część mieszkańców ma nawyki znane nam z Europy. Pracują w dużych korporacjach, gdzie jest narzucany „zachodni” styl życia i system pracy. Szybsze tempo życia, muzyka elektroniczna w drogich klubach, chęć „pokazania się”. Jednakże na szczęście to są wyjątki. Zdecydowana większość społeczeństwa to ludzie, których opisałem na wstępie tego pytania.

A.M: To może w takim razie będzie bardziej podchwytliwie (tylko się nie śmiej!) – w czym my, Polacy i Dominikańczycy jesteśmy do siebie podobni? I oczywiście czym się różnimy?

M.P: W czym jesteśmy podobni? Lubimy alkohol [śmiech], ale mamy inna kulturę picia. Dominikańczycy raczej się nie upijają. Nazwijmy to – są „na rauszu”. Rum i piwo są nieodłączną częścią ich kultury. Zawsze zapraszają na szklankę „Brugala” (to najbardziej znany rum na Dominikanie) lub butelkę „Presidente” (czyli dominikańskiego piwa). A gdy już usiądziemy razem, to nawet, gdy nie znamy hiszpańskiego (angielski jest bardzo słabo znany wśród Dominikańczyków) rozmowa trwa godzinami.

Na pewno różnimy się systemem pracy. To są południowcy – wieczna „maniana”. O ile w życiu codziennym nam to nie przeszkadza, wręcz jest plusem, to jak już coś trzeba załatwić, na przykład w urzędzie, to może wyprowadzić z równowagi. Podam tylko jeden przykład – proces otrzymania NIP na Dominikanie trwa… aż 30 dni , o ile wszystko pójdzie zgodnie z planem.

A.M: Michale, a jak to jest ze świadomością historyczną tych Dominikańczyków, których znasz? Czy tematy związane z dziejami państwa są obecne w takich „domowych” dyskusjach przy przysłowiowym obiedzie? Czy na przykład najnowsza historia, a szczególnie mroczne czasy dyktatury Trujillo, są w jakiś sposób przeżywane przez tych ludzi?

M.P: Dominikańczycy raczej mało mówią o historii. Jeśli już się pojawia jakiś temat to głównie okupacja przez Haiti. Dominikańczycy nie przepadają za imigrantami z Haiti. Stanowią oni coraz większy problem społeczny, więc i temat historyczny z nimi związany jest również używany jako argument w wyliczeniu minusów dzisiejszej imigracji. Temat Trujillo próbują przemilczeć mówiąc, że mają nadzieje, iż te czasy już nie wrócą, a przyszłość będzie o wiele lepsza.

Dlatego czasem występuje temat polityki, głównie w czasie zbliżających się wyborów. Jest to naród aż nadzwyczaj pozytywnie nastawiony do życia. Większość osób chwali sobie osobę obecnego prezydenta i liczy, że wygra on też w najbliższych wyborach. Widzą, że kraj się rozwija, ludzie się bogacą i powstaje klasa średnia. Pamiętają jak nieodpowiedzialne rządy doprowadziły, w nie tak odległej przeszłości, do hiperinflacji i załamania gospodarki. Jednakże tak jak podkreślam, ci ludzie mają zupełnie inna mentalność. Oni chcą tylko spokoju w kraju i względnego dobrobytu, bo radość z życia maja w sobie. Niech za przykład posłuży wypowiedz jednego sklepikarza w Santo Domingo „Michał … Czy uważasz, że mieszkam w pięknym kraju? No, właśnie! Też uważam, że Dominikana to piękny kraj! Więc czego ja więcej potrzebuję? Niech mi tylko wystarczy na jedzenie, ubranie, rum i „chicas”.

A.M: Jak wiesz nasza rozmowa skierowana jest przede wszystkim do odbiorców zainteresowanych działaniem Fundacji „Moja Dominikana”. Namawiając moich rodaków do włączenia się w pomoc dla Dominikany często spotykam się z niezrozumieniem. Jak pewnie wiesz, większości Polaków Dominikana kojarzy się tylko z pięknymi plażami, wielkimi hotelami oraz błogim odpoczynkiem wakacyjnym. Czy Ty, osoba doskonale znająca blaski i cienie życia w Republice Dominikany, możesz opowiedzieć o tym, jak żyje taka przeciętna rodzina na wyspie?

M.P: Kurorty w okolicach Punta Cana, a prawdziwa Dominikana to dwa zupełnie inne światy. Część hotelowa jest oderwana od rzeczywistości. Osoby, które uważają, że tak wygląda Dominikana zapraszam w okolice Sabaneta, San Juan de la Maguana czy Barahona. Prowincja jest niejako zapomnianym obszarem. Kraj się rozwija gównie w dwóch częściach – Punta Cana i Santo Domingo, które są zresztą połączone autostradą. Ale pamiętaj, że w Santo Domingo też są takie dzielnice, do których gringo nie powinien się zapuszczać.

Oczywiście lepiej się żyje też na półwyspie Samana, czy w okolicach Puerto Plata, ale jest to związane również z turystyką. Natomiast Dominikana ma 10 milionów mieszkańców!!! Do tego oficjalnie pół miliona uchodźców z Haiti, a ile jest nieoficjalnie tego nikt nie wie. Do osób, które nie zrozumieją tego zagadnienia, może niech przemówią liczby. Średnia płaca w hotelach w okolicach Punta Cana (zdecydowanie najbogatszym regionie kraju) to kwota rzędu 350 USD miesięcznie. Jak ktoś myśli, że to sporo, to niech odwiedzi sklepy i zobaczy, że produkty w tym regionie 2-3 droższe niż w Polsce! Na prowincji jest taniej, ale o kwocie 350 USD miesięcznie można tylko pomarzyć.

I to co zawsze powtarzam – pomimo, iż Dominikańczycy są biednym społeczeństwem, są bardzo czyści. Wystarczy zobaczyć biedne domki z blachy i cegieł na Samanie (bo tam najdalej wybiera się przeciętny turysta). Wokół domków zero papierków, ogródki pielęgnowane, panie piorące i prasujące ubrania, a dzieci w czystych niebieskich mundurkach idące do szkół. Ile jest krajów na świecie, szczególnie w regionie Bliskiego Wschodu, gdzie bieda idzie w parze z wszechobecnym śmieceniem! Niech osoby, które nie znają Dominikany, pochylą się trochę głębiej nad tą społecznością i jeśli mogą wspomogą ją, bo jak mało kto, Dominikańczycy na to zasługują.

A.M: Michale, a jak Ty widzisz problem pozostałości kolonializmu w Dominikanie? Czy nie sądzisz, że dopiero podniesienie poziomu edukacji może przyspieszyć rozwój kraju i zatrzeć przykre skutki kolonializmu?

M.P: Ja osobiście nie odczuwałem nigdy tego problemu na Dominikanie w takim stopniu, jak w innych krajach. Może dlatego, że Dominikańczycy są „mixem” narodów, a także kolorów skóry, czyli od białych do mulatów. Ich krew się tak wymieszała, że w życiu codziennym też nie mają problemów rasowych, narodowościowych itp. Na ulicy krzyczą „China” albo „ej czarny !” i nie jest to odbierane jako obraźliwe, tylko jako charakterystyka danej osoby. Wydaje mi się, że to społeczeństwa „zachodniej cywilizacji” mają większy problem z wszelkimi przejawami (często wyimaginowanymi, wynikającymi z poprawności politycznej) dyskryminacji, rasizmu etc.

Na Dominikanie wszystko jest naturalne. Wchodzisz do sklepu, sprzedawca chce cię zawołać to krzyczy „ej biały!”. Moim zdaniem nie ma w tym nic obrażającego, a jest to naturalny sygnał by łatwiej dana osobę zawołać. Poza tym Dominikańczycy to tygiel kulturowy. Ich nie da się jednoznacznie przyporządkować do Karaibów, czy Ameryki Łacińskiej, a także nie można sklasyfikować, jako kraju postkolonialnego. Podam taki przykład, czy może raczej opis charakteryzujący przeciętnego Dominikańczyka – Kolor skory: od białego po mulata. Język hiszpański, czyli postkolonialny – europejski. Ulubiony sport – baseball i koszykówka – czyli, tak jak w USA. Prędkość podawana w kilometrach, czyli jak w Europie, ale pojemność już w galonach, jak w USA. Oznakowania na drogach też jak w USA. Geograficznie Karaiby, ale nazywają siebie „latino”. Poza tym mają narodową muzykę: bachata , merengue, a młodzież słucha reggeaton, czyli dokładnie tak, jak Ameryka Łacińska i Portoryko.

A.M: Trochę zmienię temat. Są wakacje i pewnie wielu Polaków będzie wybierało się w podróż do Republiki Dominikany. Niektórzy opuszczą piękne hotele i skorzystają z wycieczek proponowanym turystom. Czy mógłbyś udzielić kilku rad odnośnie tego, jak się zachowywać będąc wśród Dominikańczyków i jakich błędów nie popełniać, aby nie narazić się gospodarzom?

M.P: Po pierwsze niech naszą twarz opuści północnoeuropejska posępna mina. Tam mamy być szczęśliwi! Cieszmy się razem z nimi, z miejsca w którym jesteśmy. I nigdy nie okazujmy wyższości materialnej. Bądźmy skromni i naturalni. Nikt nie lubi wywyższania się. Dominikańczycy na pewno z tego powodu nic nam nie powiedzą, ale nie będą czuć się przyjemnie w takim towarzystwie.

A.M: Pozostając w wakacyjnej atmosferze mam prośbę – gdybyś mógł opisać nam jakąś swoją niesamowitą przygodę, którą przeżyłeś w Dominikanie, a której na pewno nie przeżyłbyś nigdzie indziej na świecie. Pamiętaj, że mogą nas czytać również dzieci!

M.P: Ha, ha, ha! Nie, nie o takich przygodach chyba miałbym opowiadać!

Nie ma takiego jednego ulubionego miejsca dla mnie na Dominikanie, czy konkretnej przygody z danym miejscem. Ja kocham ten kraj za jego różnorodność i klimat. Pomimo, że wszystkim Dominikana kojarzy się z plażami na Saonie czy w Bavaro, które również i mnie zachwycają, to ja mam wiele innych swoich ulubionych miejsc. Bardzo lubię półwysep Samana z wodospadem El Limon i fajnymi plażami na północy, czy malowniczą dolinę Constanza i okolice Jarabacoa. Ale chyba najbardziej lubię zatrzymywać się w zwykłych miasteczkach, które nie maja w sobie żadnego architektonicznego piękna. Lubię tam posłuchać bachaty przy szklance „Brugala”, zjeść zwykłego kurczaka z ryżem. Niby nic specjalnego, ale w żadnym innym kraju możliwość obcowania z ludnością lokalną nie sprawiała mi tyle przyjemności.

A.M: A co mógłbyś powiedzieć osobom, które kiedyś chciałyby się przeprowadzić do Dominikany? Czy studziłbyś zapędy tych, którzy po wakacyjnym pobycie nieustannie myślą o tym, aby wrócić na stałe? A może wręcz przeciwnie – zachęcałbyś ze wszystkich sił?

M.P: Bardzo dobre pytanie. Pracując wiele lat jako rezydent w różnych miejscach często słyszę „tu mógłbym zamieszkać”. Trzeba mieć jednak świadomość, ze wyjazd wakacyjny do luksusowego hotelu na „all inclusive”, gdzie domowe troski zostawiliśmy w Polsce, a obsługa biega nad nami w akompaniamencie miejscowej muzyki i wtórze szumu palm, to bardzo złudny obraz.

Po pierwsze w nowym miejscu musisz coś robić, pracować, aby mieć dochód. Chyba, że ktoś jest na tyle dobrze sytuowany, że może nic nie robić. Pytanie, czy takiej osobie dane miejsce się szybko nie znudzi z braku zajęć? Tak więc, po pierwsze praca – w ten sposób też poznajesz lokalną kulturę (o kulturze pracy mówiłem już wcześniej). Następne pytanie: czy mieszkanie na wyspie i to bardzo daleko od rodzinnego domu, to na „dłuższa metę” coś dla mnie?

Przeprowadzka jest poważną decyzją, bo to nie jest wyjazd na 2-tygodniowe wczasy, czy kilkumiesięczny staż. Ja po czwartej wizycie stwierdziłem: „to jest to!”. Dla mnie Dominikana jest wspaniałym miejscem. Ale to moja subiektywna opinia. Tak więc trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie: „czego oczekuję od nowego miejsca?”. Można przy tym posłużyć się znanym cytatem z polskiej komedii „…pamiętajcie żeby plusy nie przesłoniły minusów…”.

A.M: Na koniec naszej rozmowy postanowiłem zapytać o to, jak to jest z tą dominikańską kuchnią? Lubisz, czy nie lubisz? Pytam, bo ostatnio głowię się nad tym, aby w polskich warunkach zrobić coś z wyspiarskich przepisów. Może mógłbyś coś podpowiedzieć? Czy da się coś dominikańskiego ugotować w Polsce?

M.P: Tu cię rozczaruję [śmiech]. Nie przepadam za dominikańską kuchnią. Dominikańczycy, ze względów higienicznych wszystko przesmażają i przegotowują. Kurczak jest przez to suchy, a ryż to jakaś papka. Ze względów zdrowotnych unikam smażonych platanas, bo czuję się tak, jakbym zjadł dużą paczkę chipsów. Ale są też rzeczy, które uwielbiam. Na Dominikanie jest pyszna wołowina. Porównywalna z argentyńską, czy brazylijską. Tam mięso jest wciąż bardzo naturalne. Jednakże steki sam przyrządzam w domu!

Uwielbiam napój chinola, czyli sok z marajui. W ogóle uwielbiam te „przenośne” targi owocowo-warzywne. Jest na nich mnóstwo egzotycznych owoców, których jestem wielkim fanem. Jednak czasem doskwiera mi brak pewnych produktów, do których jesteśmy przyzwyczajeni. A nawet jeśli są dostępne w sklepach, to oczywiście potwornie drogie, bo większość produktów w dominikańskich supermarketach jest importowana.

A.M: Michale, bardzo dziękuję Ci za rozmowę i za to, że zechciałeś opowiedzieć nam o tym wszystkim. Mam nadzieję, że może jeszcze kiedyś namówię Cię na powtórkę, w której poruszymy wiele innych, nie mniej ciekawych tematów związanych z Republiką Dominikany.

Andrzej Młynarczyk