Cz. XI pt. „Piraci, korsarze i bukanierzy w dziejach Hispanioli”

Andrzej Młynarczyk

Tym razem będzie to jeden z moich ulubionych tematów związanych z historią Hispanioli, a mianowicie ten dotyczący związków wyspy z piratami grasującymi po całym Morzy Karaibskim. Po sukcesie znanego filmu opowiadającego o przygodach niesamowitego kapitana Jacka Sparrowa i w naszym kraju doświadczyliśmy wzrostu zainteresowania historią piratów. Świadczyć o tym mogą liczne publikacje, które możecie bez problemu zakupić w księgarniach. Oczywiście są wśród nich książki lepsze i gorsze, a jeśli mogę coś podpowiedzieć, to w wyborze ich kierujcie się prostą zasadą – jeśli autor pominął lub zlekceważył w nich wątek Hispanioli, to nie traćcie pieniędzy. Nie ma dobrej książki o morskich rozbójnikach, w której dzieje Hispanioli nie istnieją!

W dzisiejszym odcinku naszych podróży w czasie skupimy się na opowiedzeniu o tym, jaką rolę odegrała Hispaniola w burzliwym „okresie piractwa” i poznamy kilku sławnych morskich rozbójników, których nazwiska na zawsze już kojarzyć się będą z naszą wyspą. Pozwólcie mi jednak na to, aby pominął opisywanie tego jak wyglądało życie piratów, strategie morskie, uzbrojenie, czy zwyczaje – wszystko to znajdziecie w książkach, których wybór, jak już wspomniałem, jest ogromny. Ja chciałbym tylko poprowadzić Was – Drodzy Czytelnicy – przez opowieść skoncentrowaną na Hispanioli, nad którą w tym odcinku nie jeden raz powiewać będzie piracka flaga.

Jednak zanim naszym oczom ukażą się pirackie okręty, a w uszach zabrzmi huk dział i dziki wrzask bitewny, to trzeba zacząć od nieco bardziej nudnych spraw, które stanowić będą wstęp do opowieści.

Wielki wyścig, czyli walka o kolonie.

Wiemy, że Hiszpania była pierwsza w wyścigu do nowych ziem i bogactw, które oferowały. Jednak myliłby się ten, który założyłby, iż inne państwa europejskie po prostu zaakceptowały dominację Hiszpanów i nie zamierzały oderwać kawałka tego smakowitego tortu dla siebie. Nieco spóźnieni Anglicy, Francuzi i Holendrzy w końcu ruszyli do wyścigu, który w XVI i XVII wieku przybrał postać całkiem ostrych wojen handlowych. O co dokładnie walczono? Oj, było tego niemało! Po pierwsze chciano odebrać Hiszpanom część ziem w koloniach, a co za tym idzie przejąć kopalnie, plantacje, hodowle, porty, miasta w głębi lądu oraz… europejskie rynki zbytu. Na wszystko nakładały się konflikty religijne między katolikami, a rosnącymi w siłę protestantami. Słowem, istna beczka (pirackiego) prochu!

A skoro już jesteśmy już przy prochu i piratach, to koniecznie trzeba wytłumaczyć skąd w tytule niniejszego rozdziału inne nazwy. Zaczniemy od „korsarzy” by w kolejnych fragmentach naszej opowieści omówić następne. Otóż, wymienione wyżej państwa europejskie prowadziły pewien rodzaj niezbyt honorowej wojny, zatrudniając na swoich usługach właśnie korsarzy, czy też flibustierów, jak to onegdaj mawiano. A któż to taki, ten korsarz? To wynajęty przez konkretne państwo rozbójnik, który zobowiązał się do rabowania przeciwników wskazanych przez monarchę, a w zamian za to mógł zatrzymywać łupy zdobyte w walce oraz liczyć na dyskretną pomoc swego mocodawcy np. korzystając z jego portów podczas odpoczynku między wyprawami, czy też kiedy zachodziła konieczność naprawy okrętów. Jak łatwo się domyślić zarówno Anglia, Holandia jak i Francja wynajmowały korsarzy w jednym celu – wyrządzenia maksymalnych szkód Hiszpanom, którzy w kolonialnym wyścigu wyprzedzili wszystkich.

Ale co dawało monarchom wynajmowanie przebiegłych korsarzy? Najważniejszym profitem dla władcy, który to robił były ogromne oszczędności na własnej flocie. Korsarze walczyli nie biorąc żadnych pieniędzy z budżetu danego państwa (a właściwie jego władcy), więc straty, które ponosili również nie obciążały korony. Efekt? Weźmy taki oto przykład, który podaje w swojej znakomitej książce Tadeusz Łepkowski – otóż, w latach 1623-1636 korsarze działający na zlecenie Holandii zawładnęli aż 545 okrętami hiszpańskimi [Tadeusz Łepkowski „Archipelagu dzieje niełatwe. Obrazy z przeszłości Antyli XV-XX w.”, str. 54]!
Taka liczba działa na wyobraźnię, prawda? Tym bardziej, że podczas bitew i potyczek tracono ludzi, wyposażenie, a także własne statki. Tych strat królowie nie odczuwali, ale za to każde zwycięstwo korsarskie nad Hiszpanami sprawiało, że legalna flota np. angielska miała łatwiejsze warunki działania. Wszak przeciwnik był osłabiany bez konieczności wydatkowania na to własnego grosza.

Zapewne wśród tych 545 „okrętów”, o których pisze Łepkowski były jednostki różnej wielkości i wartości bojowej. Śmiem twierdzić, że te statystyki podawane ku chwale i radości władców Holandii były tak wspaniałe, gdyż w ogólną liczbę wliczano wiele, bardzo wiele jednostek, których nie uznalibyśmy za szczególnie godne uwagi, ale to już inna sprawa. Nie da się zaprzeczyć temu, że korsarze „podgryzali” potęgę hiszpańską dość skutecznie, to sprawiało wielką radość pozostałym mocarstwom biorącym udział w wielkim wyścigu po kolonie.

Sławni rozbójnicy.

Skoro już wiemy kim byli korsarze, to wróćmy do Hispanioli i zobaczmy jak morscy rozbójnicy wpłynęli na jej losy. Pierwszym słynnym łotrem, którego spotkamy badając dzieje wyspy jest François lub Francis Le Clerc. Ten francuski korsarz pochodzący z Normandii dał się Hiszpanom we znaki plądrując w połowie XVI wieku osady nadbrzeżne na Hispanioli. Ciekawostką jest, że właśnie ów rozbójnik wniósł do popularnej kultury wizerunek pirata pozbawionego nogi. W związku z tym, że poruszał się na drewnianej kuli Hiszpanie przewali go „Pie de Palo”. Natomiast niewiele znalazłem informacji o jego rozbójniczych działaniach na wyspie. Prawdopodobnie wynika to z tego, że nie obrał za cel żadnej większej osady, a zadowolił się łupieniem mniejszych, które przynosiły skromne łupy, ale też dawały gwarancję, iż w ich obronie nie staną znaczne siły hiszpańskie. Jak widać przykład kapitana „Pie de Palo” pokazuje, że korsarze też swój rozum posiadali i nie zamierzali zawsze oraz za wszelką cenę brać na siebie zbyt dużych ciężarów walki z wrogiem króla, który ich wynajął. Zdarzali się więc i tacy, którzy delikatnie mówiąc – unikali zbyt zaciętych bojów. W zamian za to zadowalali się łupem skromniejszym, ale zdobytym bez zbytnich wyrzeczeń.

Drugim, znanym rozbójnikiem, który odcisnął swe piętno na Hispanioli był oczywiście słynny Francis Drake, który pozostawał na usługach królowej Anglii Elżbiety I. Można śmiało powiedzieć, że przeszedł on do historii Hispanioli, jako ten morski rozbójnik, którego nazwisko jeszcze bardzo, bardzo długo po straszliwych wyczynach budziło strach wśród mieszkańców. Otóż, w dniu 1 stycznia 1586 roku poprowadził on ok.  1000 angielskich korsarzy i żołnierzy na Santo Domingo. Dowodzący obroną  Cristóbal de Ovalle nie podołał swemu zadaniu i najeźdźcy wdarli się do miasta od strony lądu. Prawdopodobnie obrońcy w ogóle nie zakładali ataku od strony lądu, więc nie zabezpieczono bram, które korsarze szybko zdobyli. Prawdę mówiąc ówczesne Santo Domingo nie miało silnej załogi do obrony miasta, ale dzięki murom mogło bronić się przez dłuższy czas. Hiszpanie jednak spanikowali i rabusie panowali w Santo Domingo przez cały miesiąc.  Odpłynęli dopiero 10 lutego wywożąc za sobą kwotę 25 000 dukatów okupu (tylko tyle zgromadzili mieszkańcy choć korsarz żądał astronomicznej kwoty 200 000 dukatów!).

Warto zatrzymać się przy tym wydarzeniu na dłużej, bo to co wyczyniali ludzie Drake`a przeszło do historii morskich grabieży, a także na długo odmieniło losy stolicy Hispanioli. Sam Drake urządził swoją kwaterę w katedrze, którą sprofanował i ograbił. Zresztą podobny los spotkał wszystkie kościoły i klasztory w mieście. Najeźdźcy niszczyli dzieła sztuki, plądrowali domy, a nawet groby. Mieszkańcy zostali sterroryzowani i pod groźbą tortur, gwałtów lub śmierci musieli dostarczać Drakeowi kolejne wyznaczone „okupy”.

Warto zwrócić uwagę, że angielski korsarz zadziałał identycznie, jak dzisiejszy klasyczny terrorysta. Można zakładać, że gdyby pojęcie „terrorysty” istniało czasach Drake, to zapewne tak właśnie nazywaliby go Hiszpanie. Przecież wtargnął on na czele uzbrojonej grupy do miasta i biorąc zakładników, a także grożąc paleniem kolejnych części miasta zażądał on okupu. Mordując, gwałcąc i zastraszając bezbronną ludność cywilną chciał de facto uderzyć w państwo, którego flaga powiewała nad Santo Domingo. Na podstawie tego wydarzenia można sobie uzmysłowić, jak wielką ewolucję przeszła legenda piratów i korsarzy, którzy w swoich czasach byli uważani za osoby podobne do dzisiejszych „Bin Ladenów”. Aż strach pomyśleć, że za kilkaset lat kultura popularna do tego stopnia oswoi i osłodzi obraz dzisiejszych amatorów podkładania bomb, ale to już inny  temat.

Wróćmy zatem do opuszczonego przez najeźdźców Santo Domingo. Uruchommy naszą wyobraźnię i przez chwilę spójrzmy na miasto spalone, splądrowane i upokorzone. Tak, smutny to widok. Można śmiało powiedzieć, że bez wypowiedzenia wojny straty były dokładnie takie, jak podczas regularnego konfliktu między dwoma monarchami. Co więcej, wydarzenie to miało w sobie dodatkowy ładunek emocjonalny, bo doszło przecież do zderzenia dwóch religii. Katolicy nie mogli wybaczyć protestantom okrutnych gwałtów na kobietach, a także beztroskiego profanowania świątyń oraz przedmiotów kultu religijnego. Miasto było zniszczone, a wiele budynków z premedytacja spalono. Po tym wydarzeniu korona Hiszpańska uznała, że nie ma sensu inwestować w instalacje obronne Santo Domingo, które nie spełniły oczekiwań. Tym samym dodatkowo ukarano miasto, które na długo utraciło swoją dotychczasową ważną pozycję.

http://www.loc.gov/resource/g3291sm.grb00002/?sp=4

[Mapa ataku Drake`a na Santo Domingo prezentowana na stronach „Library of Congres”]

Skoro wymieniłem nazwę Santo Domingo i opowiadam o znanych rozbójnikach morskich, to stanowczo pora na pewną ciekawostkę. Otóż niewielu pasjonatów pirackich dziejów wiąże nazwisko slynnego Henry Morgana z Hispaniolą. Ten znany angielski korsarz zanim stał się postrachem mórz walczył jako żołnierz i brał udział w… oblężeniu Santo Domingo w 1655 roku. Miała wtedy miejsce wyprawa admirała Williama Penna i generała Roberta Venablesa, której ambitnym celem było zdobycie Hispanioli. Wyprawa ta okazała się fiaskiem, gdyż Hiszpanie bronili się dzielnie i poradzili sobie z odparciem wroga. Tak dla porządku powiem tylko, że Henry Morgan rozpoczął swoją rozbójniczą karierę dopiero po 1665 roku, więc w chwili ataku na Santo Domingo był dopiero „przyszłym rozbójnikiem”, jednak warto odnotować fakt, że w młodości przyszło mu zdobywać mury tego sławnego miasta.

Czas bukanierów i Tortugi.

Pamiętajmy, że piraci i korsarze nie tylko prowadzili śmiałe, wielkie wyprawy. Wielu z nich trudniło się przemytem, drobnym handlem kradzionymi dobrami, a także łupieniem maleńkich osad rybackich. Niewiele jest na ten temat zapisków, bo gdzież równać się takim działaniom np. ze zdobyciem Santo Domingo? Nie przetrwały w kronikach nazwiska tych, którzy w przeciwieństwie do Le Clerca nie wsławili się niczym poza obrabowywaniem niezbyt bogatych rybaków, czy uprowadzaniem kilku sztuk bydła z plantacji, która miała nieszczęście znajdować się zbyt blisko brzegu. Jednak niewątpliwie rozbójnicy uprawiali swój proceder na wiele sposób i to również na wybrzeżu Hispanioli. Skąd o tym wiemy? Otóż dowodem na to jest pojawienie się na wyspie bukanierów.

A kim byli bukanierzy? Najprościej nazwać ich korsarzami-osadnikami, którzy z czasem upodobali sobie małe zatoczki i odludne rajskie plaże by zakładać tam swoje osady. Zapewne czynili to z różnych powodów. Jedni zmęczyli się życiem rozbójniczym, a inni handlowali z miejscową ludnością i z czasem osiedlali się wśród niej. Jeszcze inni znali urokliwe, spokojne zatoczki z czasów, gdy ich statki ukrywały się w nich polując na kolejne ofiary. Byli też tacy, którzy morską grabieżą zajmowali się jedynie od czasu do czasu, a swoje domy pobudowali na wybrzeżu wyspy i w nich spędzali okresy między wyprawami zajmując się łowieniem ryb.

Bukanierzy słynęli także jako doskonali myśliwi. Samo słowo wywodzi się od sposobu przyrządzania upolowanego mięsa, które suszono i wędzono na ogniu. Im słabsze były rządy Hiszpanów na wyspie, tym chętniej bukanierzy osiedlali się na niej, a szczególnie upodobali sobie odległe północno-zachodnie tereny wybrzeża dzisiejszego Haiti. I oto nadszedł rok 1629, w którym to na Wyspę Żółwią, czyli La Tortugę przybywają angielscy i francuscy osadnicy-bukanierzy. Sąd przybyli? Wyparci zostali przez Hiszpanów z wyspy St Kitts, ale to zupełnie inna historia i każdy kto byłby nią zainteresowany łatwo odnajdzie stosowne rozdziały w książkach o dziejach piractwa na Karaibach. Nas interesuje przecież Hispaniola i jej dzieje, więc powróćmy na Torturę.

Oczywiście trudno sobie wyobrazić, aby Hiszpanie łatwo pogodzili się z utratą choćby małej wysepki, która leży zaledwie 12 kilometrów od Hispanioli. Taki brak rozsądku byłby równoznaczny z pogodzeniem się z tym, że oto pod bokiem powstaje baza wypadowa wroga! I dlatego kiedy w 1631 roku osadnicy z Tortugi ogłosili zwierzchność Anglii nad wysepką, to bardzo zdenerwowani Hiszpanie w 1634 (lub 1635) roku odbili ją przywracając swoją władzę. I, można powiedzieć, że tak się to zaczęło, bo nie minął rok, a znów Anglicy byli górą i śmiali się Hiszpanom w nos.

Anglicy szybko poczuli się na Tortudze panami i wyrzucili z niej swoich dotychczasowych towarzyszy i sprzymierzeńców, czyli francuskich korsarzy. Ci zaś nie odpłynęli daleko, bo też nie mieli się gdzie podziać i tak oto osiedli na wybrzeżu Hispanioli, którą zaczęli nazywać po swojemu – San Domingo. Jak wiadomo Francuzi łatwo zniewagi nie zapominają, więc w 31 sierpnia 1640 roku powrócili na Tortugę zbrojnie, a przewodził im wówczas François  Levasseuer. Anglicy dostali solidne lanie, a następnie tym razem oni zostali wyrzuceni z wyspy, na której swe rządy rozpoczął wspomniany Levasseuer.

Już w 1640 roku nowy władca wysepki nakazał wzniesienie fortu Rocher, który broniłby wyspy przed Anglikami i Hiszpanami. I zapewne rządziłby ów francuski korsarz jeszcze długo, gdyby nie to, że miał zbyt silną rękę, co oczywiście nie podobało się dość specyficznym mieszkańcom wyspy. W 1652 roku kamraci zamordowali oni swego zbyt twardego władcę i Tortuga popadła w chaos. Korsarze nie potrafili się porozumieć co do ustanowienia trwałej władzy, a wykorzystali to sprytni Hiszpanie, o których już pewnie zapomnieliście.

W 1654 roku Hiszpanie przeprowadzili zwycięski rajd na Tortugę. Mieszkańców wymordowano, a tylko nieliczni uciekli na wybrzeże Hispanioli. Jak widać, można śmiało powiedzieć, że korsarska wyspa zmieniała władców niczym w kalejdoskopie, ale to jeszcze nie koniec! Oto w 1656 roku niespodziewanie wrócili Anglicy, ale nie zadomowili się na wyspie na dłużej. Już rok później wparli ich rozbójnicy francuscy, którym przewodził Jérémie Deschamsps, chevalier-seigneur du Monsac et du Rausset (nie wiem, czy naszym cyklu historycznym znajdziemy kogoś o dłuższym nazwisku…).

Wielu z moich Drogich Czytelników może po opisach ciągłych zmian na Tortudze zapytać po co skupiam się na historii tej małej wysepki? Przecież nie jest ona częścią Hispanioli. Faktycznie, nie jest, ale powodem obecności Tortugi w naszej opowieści jest ogromne znaczenie Tortugi dla dziejów Hispanioli. Radzę zapamiętać fakt, że właśnie tam zaczęła się walka Anglików z Francuzami, której celem było rozciągnięcie swej władzy nie tylko na Torturę, ale na obydwie wyspy. Ze względu na bliskie położenie i znaczenie strategiczne musimy, więc traktować Torturę i Hispaniolę, jako pewną terytorialną całość. Nie da się zrozumieć dziejów Hispanioli bez pamiętania o tym, że to właśnie walki między bukanierami angielskimi i francuskimi stanowiły początek pojawienia się na Hispanioli wpływów innych mocarstw – a uwierzcie mi – odbije się to Hiszpanom mocną czkawką w późniejszych latach.

Ale nie wybiegajmy zanadto w przyszłość i zostańmy jeszcze w epoce walk bukanierów. Przed nami oto dwa ważne wydarzenia, o których powiem kilka słów. Po pierwsze to łupieżcza wyprawa francuskich bukanierów na Santiago de los Caballeros w 1659 roku, która pokazała, że władza hiszpańska nad Hispaniolą była straszliwie nadwątlona. Najeźdźcy ograbili ważne miasto i dokonując licznych zniszczeń wycofali się na północno-zachodnie tereny skąd wyruszyli. Hiszpanie, owszem, ścigali rabusiów i nawet zadali im poważne straty, jednak nie zmienia to faktu, że najazd na Santiago się udał.

Drugim wydarzeniem było odkupienie w 1664 roku przez Francuską Kompanię Indii Zachodnich Tortugi oraz kontrolowanych przez francuskich bukanierów ziem na San Domingo. Tereny odkupiono od wymienionego wyżej faktycznego władcy o najdłuższym nazwisku, jakie dotąd pojawiło się w naszym cyklu. Zapamiętajmy to zdarzenie, bo oto kończy się na naszych oczach epoka niepodzielnego władania Hiszpanii nad wyspą, a zaczyna zupełnie nowa, w której na Hispanioli rządzić będą dwa mocarstwa – mocno osłabiona Hiszpania i rosnąca w siłę Francja.

Jedna wyspa – dwa mocarstwa.

Zaczynając ten odcinek widzieliśmy wyspę spokojną, rolniczą i bogacącą się, a żegnamy podzieloną, co wróży przyszłe zatargi oraz wojny. Na razie powiem tylko tyle, że  Francuska Kompania Indii Zachodnich odkupiwszy ziemie przekazała je w 1665 roku we władanie Bertranda d’Ogeron de La Bouëre, który to  rozpoczął budowanie nie tylko na samej Tortudze, ale i na ziemiach znajdujących się na San Domingo prężnej kolonii. Już w 1670 roku Francuzi założyli miasto Cap-Français, które istnieje do dziś i znane jest jako Cap-Haïtien.

Cóż pozostało osłabionej Hiszpanii? Korona nie miała ani siły, ani ochoty, aby toczyć spór o wyspę, która utraciła już swoje niegdysiejsze znaczenie. Uznano więc ekspansję Francji i w 1697 roku w traktacie podpisanym w Ryswick Hiszpania zrzekła się praw do zachodniej części Hispanioli.

Deser z wisienką.

A co z morskimi rozbójnikami? Czy po 1659 roku nie znajdziemy już żadnych pirackich śladów na Hispanioli? Ależ nie! Od razu uspokajam, że to jeszcze nie koniec naszej opowieści. Na swego rodzaju „deser” pozostawiłem historię o jednym z najbardziej okrutnych piratów, którym był niejaki Jean-David Nau  znany jako François l’Olonnais.  Przeszedł od historii grabieżców, gdyż żaden z nich tak bardzo nie pałał nienawiścią do Hiszpanów. Wsławiony niezwykłą zaciekłością i brutalnością, budził tak wielki strach, iż rzekomo Hiszpanie woleli walczyć do śmierci niż poddać się mu narażać na tortury.

Ze względu na swoją nienawiść nazywano go „Fleau de Espagniols”, co przetłumaczyć można jako „Postrach Hiszpanów”. Wiemy, że wiosną 1667 roku straszliwy kapitan przybił do północnych wybrzeży Hispanioli, gdzie pobrał prowiant. Następnie ruszył do Punta d`Espada na wschodnim cyplu wyspy. Jest to o tyle ważne, że po drodze piraci spotkali hiszpański statek handlowy, który starał się im uciec. Cóż, kupcy nie mieli szczęścia i piraci dogonili ich, a następnie wdali się w bitwę, która trwała aż trzy godziny. Ostatecznie Hiszpanie zostali pokonani, a łupem rabusiów padło aż 60 ton kakao, a także klejnoty oraz 40 tysięcy dolarów hiszpańskich. Najwyraźniej François l’Olonnais miał dobrą, zbójecką passę, bo kontynuując rejs spotkał kolejny statek handlowy swoich wrogów. I tym razem piraci wygrali starcie zdobywając pokaźny ładunek broni oraz 3,5 tony prochu strzelniczego, a także aż 12 tysięcy dolarów hiszpańskich.

A na koniec jeszcze wisienka do naszego deseru, czyli krótka opowieść wiążąca innego znanego rozbójnika z naszą wyspą. Otóż w życiorysie niezwykłego Johna Rockhama, którego nazywano Calicko Jackiem, możemy przeczytać, iż około sierpnia 1700 roku grasował w pobliżu Jamajki, a we wrześniu łupił statki w pobliżu Bahamów. Właśnie stamtąd, w ramach swego rodzaju „pirackiego urlopu wypoczynkowego”, udał się na Hispaniolę. Spędził na wyspie kilka dni kradnąc bydło i polując na zdziczałe psy. Można więc śmiało powiedzieć, że znany pirat potraktował Hispaniolę, jak… kurort, który dostarczył mu rozrywki, a także pozwolił uzupełnić zapasy świeżej żywności. Po tym krótkim urlopie Calicko Jack powrócił do grabieży na wodach w pobliżu Jamajki.

I tak oto przychodzi mi z pewnym smutkiem zakończyć ten odcinek naszego cyklu. Zapewne nie wyczerpałem przykładów piratów, korsarzy i bukanierów, którzy postawili stopę na Hispanioli lub wdali się u jej wybrzeży w potyczki, a nawet bitwy. I nie taki też był mój zamiar! Mam jednakże nadzieję, że zachęciłem Was – Drodzy Czytelnicy – do sięgnięcia po książki o morskich rozbójnikach, zarówno te poważne, jak i te przygodowe, które tak bardzo działają na naszą wyobraźnię i poszukanie w nich choćby wzmianki o naszej pięknej wyspie. A jeśli kiedyś dotrzecie na Hispaniolę to idąc obok barwnych straganów nie będzie Was dziwić, że wśród licznych pamiątek oferowanych turystom są i takie, które nawiązują do pirackich emblematów. Nie da się przecież zapomnieć, że Hispaniola była celem ataków, miejscem odpoczynku i przeładunku, a także dostarczała sekretnych zatoczek dla przemytniczego procederu morskich rozbójników. A kto wie? Może na jakieś plaży ktoś kiedyś odnajdzie zakopane pirackie skarby?

Ciekawostki.
Na pożegnanie chciałbym zaprezentować kilka mniej znanych faktów związanych z piratami i (odrobinę) z Hispaniolą:

– wśród piratów były także kobiety, a przyznać trzeba, że niejednokrotnie przewyższały w okrucieństwie mężczyzn i sprawnie dowodziły załogami rozbójników. Dwie z nich – Anna Bonny i Mary Red, pływały razem z wymienionym w tym odcinku Calico Jackiem i razem z nim zostały pochwycone i osądzone. Niestety, nie znalazłem żadnych danych mówiących o tym, że wraz ze sławnym piratem były na Hispanioli. Uważam to jednak za bardzo prawdopodobne z uwagi na to, że wyspa często dostarczała przepływającym statkom pirackim świeżej wody oraz pożywienia. Czy obie „pirackie lwice” były wraz z kapitanem kiedy zażywał on swego „urlopu wypoczynkowego”? Być może. W każdym razie w akcie oskarżenia, który w 1720 roku przedstawiony był Jackowi, Anne i Mery widniał zapis między innymi o tym, że w odległości około trzech lig morskich od Hispanioli napadli, ostrzelali i opanowali dwa slupy handlowe. Biorąc pod uwagę, że liga morska to 3 mile morskie, czyli 5556 metrów, można śmiało powiedzieć, że obydwie panie-piratki mogły dobrze znać wybrzeże Hispanioli,

– w 2008 roku nurkowie odnaleźli w pobliżu wyspy Catalina dobrze zachowany kadłub statku „Quedagh Merchant”, który zdobyty został przez pirackiego kapitana Williama Kidda, a następnie przemianowany na „Adventure Prize”. O losach statku wiadomo było do tej pory niewiele, a właściwie jedynie to, że Kidd porzucił go gdzieś na Karaibach 1699 roku, kiedy usiłował skończyć z życiem rozbójnika i powrócić do Nowego Jorku by oczyścić swe imię. Nie udało mu się to i przekazany władzom angielskim został powieszony nad Tamizą 21 maja 1701 roku. Odnaleziony wrak statku rozbudził wyobraźnię poszukiwaczy, bo od pojmania Kidda krążyły legendy o skarbach, które ukrył przed powrotem do Nowego Jorku. Jak do tej pory nikt jednak nie trafił na ślad zrabowanych dóbr. Odnalezienie wraku może być jednak dowodem na to, że skarb znajduje się gdzieś niedaleko na terenie Republiki Dominikany. A na razie zerknijcie tu:

http://www.accessdr.com/es/2011/06/museo-submarino-restos-barco-pirata-del-capitan-kidd/

– najazd Francisa Dreaka na Santo Domingo spowodował wśród mieszkańców swego rodzaju psychozę strachu przed piratami (i trudno się temu dziwić). Jednym z jej objawów było budowanie najróżniejszych skrytek i schowków na kosztowności, co dało podstawę do najróżniejszych legend o skarbach zakopanych pod Zona Colonial – oczywiście czekających wciąż na odkrycie. Wiadomo jednakże, że bogatsi Hiszpanie nie poprzestali na urządzaniu skrytek i wielu postanowiło wybudować tajemne przejścia, które umożliwiłbym im schronienie w razie ataku lub nawet ucieczkę za miasto. Przyznaję, że temat istnienia tajemnych tuneli pod Santo Domingo jest mocno intrygujący i wiele w nim jeszcze niewyjaśnionych spraw. Z relacji, które otrzymałem od kilku zaprzyjaźnionych Dominikańczyków, którzy interesują się historią stolicy wiem, że do dziś krążą legendy o tym, iż istnienie wielu tuneli jest utrzymywane w tajemnicy przez wojsko. Prawdę mówiąc trudno mi w te miejskie mity uwierzyć, bo podczas rewolucji 1965 roku te „wojskowe tunele” byłyby zapewne wykorzystywane przez jedną lub drugą stronę. Dokładnie tak jak to miało miejsce w przypadku całkiem zwykłych kanałów pod starówką, co dokumentują relacje, a nawet zdjęcia z tamtych wydarzeń. Jednak nie wykluczam, że takie tunele np. łączące dwa lub więcej domów, mogły istnieć i z czasem zostały zamurowane lub uległy zniszczeniu – co nie oznacza, że co najmniej kilka nie funkcjonuje do dziś. Ale to już tylko gdybanie…

Jest jednak kilka tuneli, które już dziś można zwiedzać! Wszystkich, którzy nie mogą być w Santo Domingo zapraszam teraz na wirtualną (niestety krótką) wycieczkę:

http://www.marvindelcid.com/tours/alcantarillascc/

– może jest jeszcze ktoś kto nie wie (a jeśli tak, to myślę, że Johnny Depp byłby wielce zasmucony), że kilka scen z słynnego filmu o piratach z Karaibów kręcono na Hispanioli?