Cz. XIII pt. Junot Díaz „Topiel”, czyli książka, w której pozornie nie ma historii.

Cz. XIII pt. Junot Díaz „Topiel”, czyli książka, w której pozornie nie ma historii.
Andrzej Młynarczyk

Czemu akurat „Topiel”?
Długo zastanawiałem się, czy napisać o książce Junota Díaza „Topiel”. Kiedy już zdecydowałem, że to uczynię, zaraz przyszły wątpliwości na temat tego, czy ma to być rozdział odwołujący się jedynie do kultury i współczesnej literatury dominikańskiej, a pomijający zupełnie kwestie dziejów tego kraju? Podstawą moich wątpliwości było to, że autor „Topieli” praktycznie uciekł od bezpośrednich odwołań do historii Republiki Dominikany. Można więc (tak „na pierwszy rzut oka”) uznać, że jest to książka zupełnie ahistoryczna, co jednak nie jest prawdą. Trzeba przecież pamiętać nieustannie o tym, że historia to nie tylko czasy dawne i bardzo dawne, ale też wydarzenia całkiem nam współczesne. Mówiąc najprościej – każda minuta, która minęła, każde wydarzenie, które się zakończyło, to już historia.
Oczywiście można widzieć w „Topieli” tylko i wyłącznie dzieło literackie, a co za tym idzie w ogóle nie odnosić się kwestii historii Republiki Dominikany. Tylko, że takich recenzji znaleźć można w Internecie całkiem sporo i każdy chętny może bez większego trudu przeczytać którąkolwiek. Ja jednak patrzę na dzieło Junota Díaza nie tylko jako na dokonanie literackie, czy też ważny ślad kultury i historii dominikańskiej wśród książek przetłumaczonych na język polski. Widzę w tej książce wspaniale utrwalone odbicie całkiem współczesnych dziejów kraju i narodu, z którego pochodzi jej autor.
Podobnie, jak w „Krótkim i niezwykłym żywocie Oscara Wao”, tak i w tej książce Díaz pisze o niezwykle ważnym we współczesnych dziejach Dominikany zjawisku emigracji z ojczystego kraju. „Topiel” jest jednak – moim zdaniem – o wiele bardziej emocjonalną książką, którą wielu recenzentów uważa za „trudniejszą” w odbiorze. Czy jednak tak jest, to już kwestia subiektywnej oceny każdego czytelnika. Ja postaram się jedynie zachęcić do lektury, a jednocześnie pokazać, że całkiem sporo tej najnowszej historii w „Topieli” zakamuflowano i warto wyłowić ją z literackiej całości.
Podkreślę także to, że „Topiel” to jedna z nielicznych książek napisanych przez autora z Dominikany, a która doczekała się przekładu na język polski. Można byłoby posłużyć się banałem i napisać, że każdy kto interesuje się kulturą Republiki Dominikany, po „Topiel” sięgnąć po prostu musi. Tylko, że to odbierałoby tej książce jej największy atut, którym jest (może niestety?) wcale nie jej związanie z historią i kulturą wyspy. Cóż, nie da się ukryć, że „Topiel” to po prostu znakomita literatura – wspaniale uniwersalna, choć tak mocno osadzona w realiach życia Dominikańczyków.

Kobieta na Dominikanie – prawdziwa bohaterka.
Junot Díaz opowiada nam w swojej „Topieli” kilka historii, których narratorem jest dominikański chłopak. To jego oczami widzimy dzieciństwo w ojczystym kraju oraz młodość w USA, już po wyemigrowaniu tam wraz z całą rodziną. Można śmiało powiedzieć, że oba te etapy życia są dla młodego Juniora trudne i niosą ze sobą kolejne wyzwania, czy też życiowe sprawdziany, których wyniki zadecydują o przyszłości chłopaka. W tle tych wydarzeń autor opowiada o matce Juniora, która zdaje się spajać całą historię życia swego syna. Cóż, czyż nie jest tak w rzeczywistości, że to właśnie matki prowadzą swoje dzieci przez życie i często wbrew własnym pociechom strzegą je przed zagrożeniami świata? W symboliczny sposób pokazuje to scena błogosławieństwa, którego udziela matka całej swej rodzinie przed każdą, nawet najbardziej błahą podróżą:
„Mami przeżegnała nas wszystkich po kolei, uroczyście, jakbyśmy wybierali się na wojnę. My odpowiadaliśmy: Benedición, Mami, a ona dźgała nas palcem w pięć miejsc kardynalnych mówiąc: Que Dios te bendiga. Tak właśnie zaczynały się wszystkie nasze podróże, słowa te zawsze szły ze mną, kiedy opuszczałem dom.” [Junot Díaz „Topiel” str. 26]
Autor w niezwykły sposób opisuje dominikańskie kobiety. Są to opisy krótkie, ale niosące w sobie ogromny ładunek emocji. Na wyobraźnię działają szczególnie opisy trudów życia na wyspie, które Junot Díaz bez ogródek przedstawia z całym dramatyzmem. Dla wszystkich, którzy znają Dominikanę „turystyczną” i „rajską”, opisy życia zwykłych mieszkańców mogą wydawać się nieco szokujące. Wiele w nich biedy i ciężkiej pracy, szczególnie wśród ludzi mieszkających na wsi. Z drugiej strony campo, które opisuje Junot Díaz, to również kraina spokoju i typowej dla każdej wsi powtarzalności zajęć. Ludzie ciężko pracują, ale przecież ich trud jest „odwieczny”, powtarzalny i zgodny z cyklami natury.
Zarówno na Dominikańskiej wsi, jak też na przedmieściach Santo Domingo nie żyje się łatwo. Może nawet trudniej jest właśnie w mieście, które wydaje się w opisach autora bardziej chaotyczne, brutalne i mroczne. Jednak zawsze gdzieś w tle widzimy młodsze i starsze kobiety, które wykonują swoje prace, codzienne i powtarzające się obowiązki. To właśnie kobiety czuwają nad rodzinami, które przecież jak wszędzie na świecie, mają swoje problemy. Dziewczyny, kochanki, siostry, koleżanki, matki i babcie – poznajemy je w „Topieli” i na odstawie niewielkich fragmentów ich żywotów możemy przyjrzeć się obrazowi całości, który tka dla nas Junot Díaz.
Szczególnie trudny jest los tych kobiet, które opiekując się dziećmi czekają na mężów pracujących w Stanach Zjednoczonych Ameryki. Pozostawione z codziennymi obowiązkami i pełne nadziei oraz marzeń, trwają na Hispanioli gnąc się pod ciężarem kolejnych trudów. Moim zdaniem to właśnie ten ich zwykły, ale jakże prawdziwy heroizm jest wspaniale przedstawiony przez autora w „Topieli”. Szczególnie obrazowo opisuje autor codzienną pracę maki Juniora:
„Byliśmy biedni. Biedniejsi moglibyśmy być tylko, gdybyśmy mieszkali w campo albo gdybyśmy byli haitańskimi imigrantami; Mami często nam to przedstawiała w charakterze brutalnego pocieszenia. Ostatecznie nie jesteście w campo. Wtedy jedlibyście kamienie. Nie jedliśmy kamieni, ale także nie jedliśmy mięsa ani fasoli.
[…] Kiedy ja i Rafa jak co roku dostawaliśmy robaków, to tylko oszczędzanie na obiadach pozwoliło Mami kupić verminox. […]
W Mauricio Baez, naszej szkole, dzieciaki nie sprawiały nam kłopotów, chociaż nie było nas stać na mundurki […]. Mieliśmy jeden ołówek na dwóch, a kiedy go zgubiliśmy, jak to przytrafiło się właśnie mnie, musieliśmy zostawać w domu dopóki Mami nie pożyczyła dla nas innego.
[…] Mami pracowała w Embajador Chocolate i musiała brać dziesięcio-, dwunastogodzinne zmiany za prawie żadne pieniądze. Budziła się zawsze rano o siódmej, a ja wstawałem razem z nią, bo nigdy nie potrafiłem spać długo, więc kiedy wyciągała wodę z naszej stalowej beczki, ja przynosiłem mydło z kuchni. W wodzie zawsze były liście i pająki, ale Mami lepiej niż ktokolwiek inny potrafiła wyciągnąć wiadro czystej wody.” [Junot Díaz „Topiel” str. 56, 57]
Właśnie te opisy codziennych trudów ponoszonych przez dominikańskie kobiety pokazują nam, jak bardzo różni się zwykłe życie na Hispanioli od tego co prezentuje się dziś turystom. Oczywiście opisy prezentowane w książce odnoszą się do drugiej połowy XX wieku, jednak nie możemy zapomnieć o tym, że w wielu regionach Dominikany do dziś nie zmieniło się wiele. Tyle tylko, że pewnych aspektów codziennego życia Dominikańczyków nie da się odnaleźć w pięknych folderach biur turystycznych. Nawet dziś władze starają się, aby zainteresowanie turystów nie sięgało aż tak daleko. Jednak autor „Topieli” delikatnie odsłania przed nami tę kurtynę i pozwala choć na chwilę zajrzeć za nią. Dzięki temu widzimy to, czego nie pokażą nam żadne foldery i przewodniki. Stajemy oko w oko z prawdziwym życiem, którego wielkimi i cichymi bohaterkami są dzielne Dominikanki. Dlatego jestem zdania, że ta książka to też swego rodzaju hołd oddany kobietom i ich ciężkiej pracy przez Junota Díaza, a przynajmniej ja tak ją odczytuję.

Trudny wybór – emigracja.
Pewien Dominikańczyk śmiejąc się opowiedział mi gorzki żart, który w niezliczonych wersjach krąży od dziesiątek lat po jego wyspie. Brzmi on mniej więcej tak: „Lud w Dominikanie żyje jak Adam i Ewa. Jesteśmy goli, bosi, szczęśliwi, ale przychodzi taka chwila, że jak pierwsi rodzice musimy uciekać z naszego raju”. Chyba nic lepiej nie oddaje sytuacji, w której tak wielu mieszkańców Republiki Dominikany musiało i nadal musi pakować niewielkie bagaże i udawać się na kontynent północnoamerykański w poszukiwaniu pracy oraz zarobku.
Oczywiście nigdy nie są to decyzje łatwe i właśnie te emigracyjne dylematy oraz ich następstwa opisuje Junot Díaz w „Topieli”. Jest to więc literacka wizja tego co miało i nadal ma miejsce. Zresztą trudno powiedzieć ile w tym wszystkim fantazji autora, a ile kompilacji doświadczeń własnej rodziny oraz wielu innych, znanych mu osobiście Dominikańczyków. Jeśli ktoś pytałby mnie o zdanie, to stawiałbym wiele na to, że bardzo mało w tym literackiej kreacji, a zdecydowanie przeważa to, co Junot Díaz miał okazję osobiście obserwować i przeżywać.
Nie jest moim zadaniem streszczanie tutaj tego, co autor zapisał i bardzo staram się tego nie robić. Dlatego też pominę dzieje ojca Juniora i wszystko to co przeżył trafiając do Ameryki. Każdy kto sięgnie po „Topiel” sam zmierzy się z tym wszystkim i we własnej wyobraźni odtworzy obrazy tego, co przeżywali Dominikańczycy na obcej dla nich ziemi. Jedno co chciałbym podkreślić, to uniwersalność opowieści o opuszczeniu własnej ojczyzny w poszukiwaniu lepszej przyszłości. Junot Díaz nie ukrywa, że jego książka jest właśnie taką historią, w której niczym w lustrze, mogliby przejrzeć się emigranci z każdego kraju na świecie. Codzienna walka o przetrwanie w świecie pełnym niebezpieczeństw, oszustw, brutalności i bardzo ciężkiej pracy, to jest coś, co poznają wszyscy ci, którzy opuścili ojczyznę dla marzenia o lepszym życiu. Nie ważne, czy wyjeżdżali z Dominikany, Wenezueli, czy Polski.
Ta wspomniana uniwersalność nie przekreśla ważnego dla polskiego czytelnika waloru poznawczego. W „Topieli” widzimy przecież losy mieszkańców Dominikany wyzwolonej, czyli tej istniejącej już po upadku dyktatury prezydenta Trujillo. Jak łatwo przekonamy się na podstawie lektury, nie były to bynajmniej czasy spokoju i dobrobytu. W opowieści Junota Díaza widzimy Dominikanę biedną i zmęczoną. Jest to kraj ludzi ciężko pracujących, ale posiadających bardzo niewiele. Jednocześnie łatwo dostrzeżemy, że autor opisuje ludzi biednych ale bardzo silnych, zahartowanych, którzy nie poddają się i nie czekają na cud. Ruszając do USA jadą, aby robić to co potrafią, czyli pracować bardzo ciężko.
Warto w tym miejscu zatrzymać się na dłużej, aby odpowiedzieć sobie na pytanie, jaka była ta Dominikana, z której po nieudanej rewolucji 1965 roku, zaczęli wyjeżdżać obywatele szukający nowego, lepszego życia? Po pierwsze ówczesna Dominikana była krajem złamanym, który musiał przełknąć gorzką pigułkę drugiej już w historii okupacji wojsk USA. Była krajem, któremu bardzo brutalnie udowodniono, że może stanowić o sobie samym tylko w pewnym ograniczonym zakresie wynikającym z zimnowojennego układu. Ówczesna Republika Dominikany przeżywała bardzo trudny okres, w którym rozwiały się wszelkie iluzje o własnej, wypracowanej przez naród i rodzime elity, ścieżce rozwoju. Co ciekawe, Dominikana posłużyła też za swego rodzaju przykład dla innych krajów Ameryki Łacińskiej. Swoją interwencją wojskową Stany Zjednoczone dały jasno do zrozumienia, że nie pozwolą na to, aby w najmniejszym stopniu powtórzyło się ryzyko rewolucji w stylu Fidela Castro. Wyraźnie zapowiadał to prezydent Johnson w swoim słynnym przemówieniu z 5 maja 1965 roku, w którym otwarcie wyraził groźbę, iż USA użyją wszelkich dostępnych środków, aby przeszkodzić w utworzeniu drugiej Kuby na tej półkuli. [Tomasz Knothe „Ameryka Łacińska w polityce USA 1945-1975” str.135]
Warto też pamiętać o tym, że w Dominikanie, już po wycofaniu się wojsk okupacyjnych, rządowi wcale nie spieszyło się do nadmiernych reform społecznych, politycznych i gospodarczych. W efekcie utrwalono wiele patologii, które do dziś widoczne są w kraju. Zjawiska takie jak korupcja, czy nepotyzm szczególnie dotkliwie uderzały w ludność biedną, pozbawioną możliwości płacenia łapówek, czy powoływania się na rodzinne koneksje. Faktyczne odcięcie klas niższych od możliwości awansu społecznego powodowało, iż zwiększała się liczba osób pragnących wyjechać z kraju, aby poza jego granicami próbować zmienić swój los. Do tego doszły też represje polityczne, które wcale nie były mniej dotkliwe niż za czasów dyktatury Trujillo. W tym miejscu przypomnę, że liczbę ofiar tylko w czasie pierwszych czterech lat rządu prezydenta Balaguera szacuje się na ok. 3000 osób. [Gerard Pierre-Chares „Karaiby 2 połowy XX wieku” str. 49]
Trudno się zatem dziwić, że zjawisko emigracji na trwale wpisało się w Republice Dominikany w historię drugiej połowy XX wieku. Jak pokazuje książka Junota Díaza, jest to zjawisko na tyle złożone że jego skutki widzimy nie tylko w polityce, ekonomii, czy kulturze. Emigracja okazała się dla Dominikańczyków zjawiskiem, które zmieniło całe społeczeństwo i w pewien bardzo trwały sposób podzieliło je do dziś. Od czasu utrwalenia się dużych skupisk Dominikańczyków w USA mamy przecież do czynienia z pewnym podziałem na „dwie Dominikany” – ojczyznę ojców na wyspie oraz tę nieformalną, którą stara się zachować swój język, kulturę oraz obyczaje na obcej ziemi. Właśnie w tej drugiej, nieformalnej ojczyźnie żyje i tworzy Junot Díaz. Trzeba o tym pamiętać czytając „Topiel”. Jest to bowiem książka będąca również mostem miedzy tymi „dwoma Dominikanami”.

Na koniec  – ciekawostki:
– Wszystkim, którzy czytali „Topiel” nie umknął zapewne ten fragment, w którym ojciec Juniora dociera do USA i podwożony dzięki uprzejmości policjantów, spostrzega, że w radiowozie transportowany jest… Polak. Nie będę psuł przyjemności tym, którzy nie czytali jeszcze książki, ale powiem tyle, że Junot Díaz wydaje się wskazywać jedną wspólną cechę Polaków i Dominikańczyków, którą jest… zamiłowanie do gry na akordeonie. A więcej przeczytacie w „Topieli”. Polecam!
– w dosłownie kilku fragmentach „Topieli” Junot Díaz nawiązuje bezpośrednio do historii Republiki Dominikany. Jednym z bardziej znaczących jest opis matki Juniora:
„Była maleńką kobietą, a w ubikacji wyglądała na jeszcze mniejszą, z ciemną skórą, włosami zdumiewająco prostymi, bliznami na brzuchu i plecach pozostałymi po ataku rakietowym, który przeżyła w 1965. Kiedy była ubrana, żadnej blizny nie było widać, ale wystarczało ją objąć, aby je wyczuć, twarde pod opuszkami palców”. [ Junot Díaz „Topiel” str. 57]

Autor wyraźnie wskazuje tu na fakt, że matka Juniora była w Santo Domingo podczas rewolucji kwietniowej w 1965 roku. Co prawda Díaz nie zdradza, czy książkowa „Mami” sama brała udział w walkach, tak jak czyniło to wiele młodych kobiet, czy też była cywilną ofiarą wojny. Można jednak założyć, ze autorowi chodzi o ataki rakietowe dokonywane z pokładów samolotów wojsk reżimowych, które ostrzeliwały pozycje konstytucjonalistów, co oznaczałoby, że matka Juniora aktywnie stanęła po stronie rewolty. Jest to tym bardziej ciekawe, że autor w innym fragmencie zamieszcza opis fotografii swego ojca:
„Kiedy myślałem o Papim, myślałem szczególnie o jednym zdjęciu. Zrobionym w dniach przed inwazją USA w 1965. […] Ubrany był w mundur gwardii, z brązową, przekrzywioną na ogolonej głowie czapką i z niezapalonym, zaciśniętym w ustach constitucionem”. [Junot Díaz „Topiel” str. 55]
Okazuje się więc, że ojciec Juniora mógł brać udział w wydarzeniach 1965 roku po drugiej stronie barykady. Autor nie pisze nic więcej i pozostają nam tylko domysły. Niezmiernie intrygujące jest jednak to, że matkę Juniora naznaczyły blizny po ataku z powietrza, a Papi opisany jest jako żołnierz gwardii. Zupełnie jakby Junot Díaz chciał nam w ten symboliczny sposób pokazać złożoność współczesnych dziejów Republiki Dominikany.