Cz. II „Poszukajmy przyczyn”

Andrzej Młynarczyk

Skoro przebrnęliście Państwo przez część pierwszą i zdecydowaliście się przeczytać kolejną, to oznacza, iż choć trochę udało mi się Was zaintrygować. Tym razem chciałbym byśmy odbyli razem niezbyt odległą podróż w czasie (a może nawet kilka mniejszych podróży) po to, aby odpowiedzieć sobie na pytanie czemu Republika Dominikany wygląda dziś tak, a nie inaczej? Jak widać będę się starał udowodnić, że nie da się zrozumieć teraźniejszości bez poznania przeszłości, a postaram się to zrobić bez zanudzania – uwierzcie mi, że historia Republiki Dominikany jest naprawdę ciekawa.

Kiedy znudzony turysta na chwilę zapomni, że jest na rajskiej wyspie z pięknymi plażami i wybierze się choćby w niewielką podróż poza kurorty, to z całą pewnością zobaczy kilka rzeczy, które zupełnie nie będą mu pasowały do zdjęć z folderów agencji turystycznych. O ile jeszcze w przewodnikach ma szansę przeczytać o plantacjach trzciny cukrowej, kakao, kawy, czy tytoniu, to raczej nie znajdzie w nich fotografii przedstawiających wielkie budynki fabryczne, czy dymiące kominy. Cóż, w Republice Dominikany nie tylko uprawia się wymienione rośliny, ale też przetwarza je, a na dodatek wydobywa całkiem dużą liczbę surowców mineralnych: nikiel, srebro, platynę, boksyty, rudy żelaza, węgiel, ropę naftową, azbest, chrom, miedź, a nawet uran. Niewiele osób wie, że w Pueblo Viejo, a więc tylko około 100 km od Santo Domingo, znajduje bodaj największa na półkuli zachodniej kopalnia złota! Każdemu proponuję oderwać się na chwilę i w internetowej wyszukiwarce obrazów poszukać tych dotyczących Pueblo Viejo, a jestem przekonany, że zdziwicie się ogromem tej przemysłowej instalacji (działa na wyobraźnię, prawda?).

Pamiętacie zapewne, że pierwszej części cyklu pisałem o tym, że warto pomagać Dominikańczykom i o tym, że nasza Fundacja jest potrzebna. Pewnie teraz zastanawiacie się jakim to cudem w kraju, który posiada tak bogate złoża mineralne, przemysł przetwórczy i eksport, tak wielu ludzi żyje biednie i nie potrafi czytać oraz pisać? Aby to zrozumieć musimy po raz pierwszy cofnąć się w czasie.

Wyobraźmy sobie Krzysztofa Kolumba, który w grudniu 1492 roku przybywa do brzegów pięknej wyspy, której nada nazwę Hispaniola. Zastanówmy się po co Kolumb wyprawił się w nieznane i co pchało go do tak niebezpiecznej podróży? Zamiłowanie do żeglowania i przygody? Chęć poznawania świata? Cóż, to raczej cechy współczesnych podróżników, choć zapewne dzielny odkrywca przejawiał je również w XV wieku. Jednak jedną z podstawowych „sił napędowych” wyprawy była chęć zysku – zdobycia bogactwa dla swych możnych protektorów, dla siebie, żeglarzy-awanturników, czy wreszcie tych wszystkich, którzy nadejść mieli później korzystając z wytyczonego szlaku.

Pamiętać przy tym musimy, że kolonizatorzy tworzyli na podporządkowanych terenach pewien wspólny dla tego procesu dziejowego model funkcjonowania lokalnej społeczności. Z oczywistych przyczyn opierał się na rządach nielicznych obywateli, którzy, jako pierwsi przybyli ze „starego świata” i w „nowym świecie” tworzyli elitę społeczną, wojskową i oczywiście finansową. Z czasem do grupy tej dokooptowywano kolejnych przybyszów, ale z uwagi na ich niewielką liczbę wrastała też liczba związków małżeńskich (i poza małżeńskich) mieszanych tzn. zawieranych z przedstawicielkami lokalnej społeczności. Z tych związków rodziły się dzieci, które w ówczesnej hierarchii społecznej stały wyżej niż ludność rdzenna, ale niżej niż przybywający do kolonii osadnicy ze starego świata. Dodajmy do tego podział na bogatszych i biedniejszych, a także przeniesiony ze „starego świata” system szlachectwa i dziedziczonych tytułów. Wyjdzie nam z tego układ społeczny, w którym na samym dole drabiny ujrzymy ludność rdzenną, sprowadzanych do prac niewolników z Afryki, a dopiero później biednych potomków z rodzin mieszanych, biednych ludzi białych, aby wyżej zobaczyć bogatszych i utytułowanych białych mogących się legitymować odpowiednimi koligacjami ze „starego świata”, czy też majątkiem, który pomnażali. W zasadzie układ tej drabiny społecznej pozostawał bez większych zmian i sterował również podziałem zysków ze wszystkiego co kolonia mogła zaoferować. W oczywisty sposób to pierwsi osadnicy, ich potomkowie, a także późniejsi bogatsi biali osadnicy przybywający do „nowego świata” dzieli między siebie wszystko. W dalszej kolejności zyski trafiały do tych, którzy mieli gorsze pochodzenie i mniejszy kapitał, który wprowadzali do życia kolonii. Nic jednak nie mogło zmienić tego, że na samym dole kolonialnej drabiny społecznej byli najciężej pracujący.

Niestety, wspomniana chęć zysku stała się przekleństwem dla całej epoki kolonializmu i oczywiście także samej Hispanioli. Przyświecała ona przez kolejne lata kolonistom z Hiszpanii, a także tym z Francji. Pobudzała do działania piratów grasujących na wodach Morza Karaibskiego. Wreszcie też stała się powodem angażowania się politykę niepodległej Republiki Dominikany przez kolejne rządy USA. Mijały dziesięciolecia, a chęć zysku kolonizatorów powodowała zmiany rządów na wyspie, mniejsze lub większe korekty systemu gospodarczego, ale w zasadzie nie zmieniało się to, że prosty lud Dominikany, choć pracował bardzo ciężko, to jednak nie korzystał w odpowiednim wymiarze z wypracowanych przez siebie dochodów. Jeśli przyjrzymy się temu bliżej to zauważymy, że sytuacja zwykłych obywateli do dnia dzisiejszego jest trudna, a zyski trafiają do kieszeni wielkich firm oraz korporacji z krajów zachodnich.

W tym miejscu wykonamy kolejną podróż w czasie i cofniemy się, ale tym razem jedynie o kilkadziesiąt lat wstecz. Zapraszam, aby przyjrzeć się Republice Dominikany w 1963 roku kiedy to władzę na krótko (rządził niecały rok) objął prezydent Juan Bosch. Otóż wybrany w pierwszych wolnych wyborach od czasów obalenia dyktatury Bosch, jako pierwszy w najnowszej historii kraju postanowił zmienić zasady w podziale zysków z dóbr w jakie obfituje Dominikana. Jako pierwszy postanowił przełamać dotychczasowy sposób gospodarowania, który w zasadzie niewiele zmienił się od czasów kolonialnych.

Za czasów dyktatury Rafaela Leónidasa Trujillo, czyli w latach 1930-1961 gospodarka Republiki Dominikany podporządkowana była kilku naczelnym celom – pierwszym było przynoszenie zysków dyktatorowi i jego rodzinie, a drugim ułatwienie zarabiania inwestorom zagranicznym oraz krajowej oligarchii. Po zamordowaniu dyktatora sytuacja Dominikańczyków nie uległa zmianie, gdyż ziemie należące do Trujillo oraz zyski z kontrolowanych przedsiębiorstw przeszły w ręce jego rodziny lub oligarchów, którzy powiększyli swoje majątki. Wspólnym mianownikiem dla czasów dyktatury i okresu po niej było to, że nikt specjalnie nie przejmował się kwestią poprawy losu ludności, a maksymalizacja zysków była nadrzędnym kryterium podejmowanych działań politycznych oraz społecznych. Po śmierci Trujillo i okresie przejściowym, to właśnie prezydent Juan Bosch był tym, który postanowił wprowadzić reformy. Marzeniem tego intelektualisty i idealisty było przeprowadzenie reformy rolnej, która poprawiłaby los chłopów, a także wprowadzenie wielkich zmian polegających na przejęciu przez państwo przedsiębiorstw, którymi niegdyś władał wszechmocny Trujillo. Idąc dalej Juan Bosch pragnął bardziej sprawiedliwego podziału dochodów z wydobycia złóż i handlu roślinami uprawianymi na plantacjach, co automatycznie uderzałoby w zachodnie firmy działające na wyspie. A mówiąc prościej – prezydent miał szczery zamiar ograniczyć zyski tych, którzy dotychczas je czerpali, aby w zamian zrobić więcej dla zwykłych obywateli. Pamiętacie, że napisałem o tym, iż rządził krótko? A teraz pewnie rozumiecie dlaczego.

Obserwując współczesną Republikę Dominikany warto nieustannie pamiętać, że tak naprawdę większa swoboda przemian społecznych i gospodarczych rozpoczęła się tam dopiero po 1978 roku, a więc wcale nie tak dawno. Proces wychodzenia Dominikany w zaszłości kolonialnych nie jest więc zakończony, a jedynie przechodzi do kolejnych faz. Po pozbyciu się kolonialnych władz i wojsk hiszpańskich, francuskich, a wreszcie odprawieniu z kraju ostatniego żołnierza USA, nadal panuje na wyspie system gospodarczy oraz społeczny, który nie pozwala na łatwy awans z nizin do klas wyższych. Przed Dominikańczykami jest jeszcze wiele ciężkiej pracy nad tym, aby wzmocnić swój kraj wewnętrznie tworząc silną i oddaną ojczyźnie, stale powiększająca się elitę intelektualną, polityczna, społeczną, a także gospodarczą. Bardzo dużo zależy od poprawy stanu edukacji, czy dostępu do służby zdrowia. Naród nadal czeka na poprawę jakości życia i ekonomiczną stabilizację – słowem, na ostateczne uporanie się ze złem kolonizacji i mroku jej dziedzictwa.