Cz. XVII pt. „Upragniona niepodległość”

Cz. XVII pt. „Upragniona niepodległość”

Andrzej Młynarczyk

Ani zjednoczenia, ani wyzwolenia.

Wytrwali czytelnicy pamiętają, że rozdział XVI zakończyliśmy opowieścią o wydarzeniach z lutego roku 1822. Wówczas to klucze do Santo Domingo otrzymał prezydent Haiti, który sam siebie uważał za wyzwoliciela wyspy oraz patrona jej zjednoczenia.

Problem polegał jednak na tym, że Haitańczycy nie traktowali wschodniej części Hispanioli, jako części swego kraju. W świadomości żołnierzy i urzędników były to tereny okupowane, w zasadzie kolonizowane na nowo. Warto to sobie wyobrazić – wczujmy się przez chwilę w osobę kupca lub drobnego rzemieślnika z Santo Domingo. Mówimy po hiszpańsku, uważamy się za Hiszpana, a naszą ojczyznę widzimy jako wyspę-córkę Hiszpanii. Tymczasem otaczają nas żołnierze, urzędnicy, sędziowie, a także kupcy, którzy mówią w zupełnie innym języku, robią co chcą, panoszą się i wprowadzają swoje własne porządki pomiatając takimi, jak my.

Do tego doszły ogromne różnice w obyczajach. Hiszpańskojęzyczni mieszkańcy byli gorliwymi katolikami i podtrzymywali tradycje związane z Kościołem katolickim. Haitańczycy wyznawali najróżniejsze religie animistyczne, a do tego w sposób niezwykle nonszalancki traktowali takie zagadnienia, jak małżeństwo, czy szacunek wobec kobiet. Na tym tle dochodziło do wielu sporów, które jednak haitańscy sędziowie rozpatrywali na korzyść swych pobratymców.

Trudno się też dziwić, że pomiędzy „wyzwolicielami”, a ludnością wschodniej części wyspy narastało napięcie. W zasadzie jedynymi, którzy odczuli pewną poprawę losu byli czarnoskórzy niewolnicy. Rządy haitańskie przyniosły im wyzwolenie, ale poza tym nie dały szans na poprawę sytuacji ekonomicznej. Urzędnicy przybyli z zachodniej części wyspy w ogromnej większości składali się z bogatych mulatów, którzy zachowywali wobec swojej grupy wielką solidarność. Oznaczało to, że ani ludności białej, ani czarnej nie tylko nie sprzyjali, ale nawet nie szanowali.

 Narastanie buntu.

Historycy czasami zadają pytanie dlaczego mieszkańcy wytrzymali faktyczną okupację haitańską aż ćwierć wieku? Na to pytanie odpowiedź jest dość złożona. Po pierwsze przewaga militarna była po stronie Haiti, a wśród ludności hiszpańskojęzycznej dominowało przekonanie, że może wszystko jakoś się ułoży. Po drugie wyniszczona ekonomicznie wschodnia część wyspy potrzebowała żywności. Może to się wydać dziwne, bo przecież nie brakowało terenów pod uprawy. Tyle tylko, że właśnie ta część wyspy była mało zaludniona, a wiązało się to z przejściem na gospodarkę hodowlaną. Hiszpańskojęzyczni mieszkańcy specjalizowali się w hodowli bydła, a ich sąsiedzi z Haiti wręcz odwrotnie – każdy kawałek ziemi wykorzystywali pod uprawę roślin.

W zasadzie mogłoby się wydawać, że ekonomicznie połączenie wyspy da wspaniałe plony i uczyni ludźmi szczęśliwymi. Płody rolne z zachodu pojadą na wschód, a bydło hodowlane odwrotnie. Zyska cała ludność wyspy i każdy odniesie korzyść z zakończenia sporów, wojen oraz chaosu. I pewnie by się tak zdarzyło, gdyby nie ów fatalny styl rządów haitańskich, o którym pisałem. To właśnie on powodował coraz bardziej rosnące wrzenie na wschodzie i na zachodzie wyspy.

Haitański prezydent Boyer nawet w zachodniej, czyli „rodzimej” części wyspy promował coraz bardziej bogacących się mulatów. W skutek tego umacniała się w Haiti kasta posiadaczy ziemskich, kupców i urzędników, która coraz bardziej gardziła czarną ludnością oraz bezlitośnie łupiła ją na wszelkie możliwe sposoby. To co nie podobało się hiszpańskojęzycznym mieszkańcom wschodu u czarnoskórych obywateli mieszkających na zachodzie wyspy budziło prawdziwą wściekłość. Łatwo można się domyślić, że zaprawieni w buntach i walkach czarni mieszkańcy plantacji nie wytrzymali długo. Rozpoczęła się fala rozruchów i buntów chłopskich, które doprowadziły w efekcie do potężnego osłabienia władzy w całym kraju.

W styczniu 1843 roku wybuchł także bunt wojskowych, którzy obalili Boyera i ostatecznie zmusili prezydenta do haniebnej ucieczki z kraju w dniu 13 marca 1843 roku. Można śmiało powiedzieć, że później nastąpił zupełny chaos. Przykładem niech będzie choćby fakt, że 30 grudnia 1843 roku uchwalono niezwykle liberalną konstytucję, a już w 1846 roku kolejną, która całkowicie się od niej różniła.

W takiej to atmosferze w hiszpańskojęzycznej części wyspy ożyły nadzieje na odzyskanie niepodległości. Jak wiadomo, największe szanse na niezależność są wówczas, gdy w kraju okupanta zapanuje słabość. Doskonale zdawano sobie z tego sprawę w Santo Domingo, gdzie już od pewnego czasu spiskowano przeciwko władzy haitańskiej.

 Ojcowie Narodu.

Każde dziecko w Dominikanie wie, że w 1838 roku Juan Pablo Duarte założył tajną organizację, której nazwa „La Trinitaria” jest dla wszystkich Dominikańczyków prawdziwą świętością. Warto w tym miejscu przyjrzeć się spiskowcom poczynając od samego Duarte. Urodził się on w 1813 roku, a więc w 1838 roku miał tylko 25 lat! Ten buntownik i idealista miał ogromny zapał do działania, a co ciekawe potrafił nim zarazić wielu przedstawicieli hiszpańskojęzycznej elity. Kiedy więc pomyślicie o czcigodnym Ojcu Narodu, jak nazywają go Dominikańczycy, to pamiętajcie, że to nie był wówczas siwobrody starzec, ale dziarski młodzian, który z pistoletem ukrytym w kieszeni przemykał ciemnymi zaułkami na tajne zebrania spiskowców.

Ba! Kolejny z dzielnych spiskowców, którzy przeszli do historii, czyli Francisco del Rosario Sánchez również był młodzieńcem, bo urodził się w 1817 roku. Trzeci z Ojców Narodu, sławny Matías Ramón Mella przyszedł na świat w 1816 roku, a więc nie sposób nie zauważyć, że niepodległościowa myśl rozgrzewała głowy naprawdę młodych ludzi, którzy choćby z racji swego wieku, nie bali się działać i marzyć.

Oczywiście wśród sławnych spiskowców było o wiele więcej osób niż tylko wymienieni powyżej trzej Ojcowie Narodu. Historycy wymieniają dziewięciu członków samej „La Trinitarii”, a do tego byli przecież inni działacze sympatyzujący z organizacją i działający przeciwko okupantowi. Jednak na ten temat przyjdzie nam jeszcze mówić w kolejnych rozdziałach. Na razie wróćmy do roku 1838 by przypomnieć, że spiskowcy za motto swojego działania przyjęli hasło „Bóg-Ojczyzna-Wolność”, które do dziś widnieje na fladze Republiki Dominikany.

Mobilizując ludzi starali się przekonać ich do poparcia walki o niepodległość, a więc stworzenia zupełnie nowego państwa. Młodzi idealiści zyskiwali coraz większe poparcie, gdyż hiszpańskojęzyczna ludność zdążyła już na dobre znienawidzić haitańskich „wyzwolicieli”. Wreszcie wykorzystując chaos polityczny, który zapanował w Haiti, buntownicy 27 lutego 1844 roku wzniecili rozruchy w Santo Domingo i opanowali miasto. Wtedy też ogłoszono powstanie nowego państwa – Republiki Dominikany.

 Bolesna narodziny państwa.

To co wydarzyło się po ogłoszeniu niepodległości trudno opisać w uporządkowany sposób. Po prostu trzeba pogodzić się z tym, że gdy wieją wichry historii, to rozpętuje się tak potężna burza, iż naprawdę trudno zapanować nad natłokiem nagłych zdarzeń. Ale spróbujmy to zrobić i najpierw skupmy się na tym co działo się w Republice Dominikany, a później na tym, jak zareagował na to wszystko haitański sąsiad.

Każde państwo musi mieć przywódcę i wydawałoby się, że pierwszym prezydentem nowej republiki zostanie Juan Pablo Duarte. Wielu zwolenników namawiało go do tego, aby bez zbędnej zwłoki sam ogłosił się władcą kraju. Młody idealista uznał jednak, że tylko wybrany w uczciwych wyborach prezydent może władać krajem. Nieoczekiwanie do walki o władzę włączył się niedawny towarzysz buntowników, bogaty hodowca ze wschodu, który miał fortunę na tyle dużą by wystawić całkiem pokaźną powstańczą armię. Generał Pedro Santana, bo o nim tu mowa, poprowadził swoje siły zbrojne do Santo Domingo, a dodatkowo użył znacznych wpływów, które posiadał wśród mieszkańców. W efekcie 13 listopada 1844 roku wybrany został pierwszym prezydentem. Kilka dni przed tym wydarzeniem, 6 listopada, ogłoszono pierwszą konstytucję Dominikany.

Juan Pablo Duarte został pojmany i wygnany z wyspy wraz z cała swoją rodziną. Pozostali członkowie „La Trynitarii” również byli prześladowani, a to z tej przyczyny, że prezydent Santana nie miał zamiaru dzielić się z nikim swoją władzą, a na dodatek wyobrażał sobie rządy państwem, jako autorytarne dzieło. Na swoje nieszczęście musiał jednak pogodzić się z tym, że w tym samym czasie żył Buenaventura Báez, równie wpływowy i zamożny zwolennik własnych rządów w państwie, który podobnie, jak Santana, miał ogromną ochotę rządzić. Jak się domyślacie, obydwaj byli na tyle uparci, a przy tym silni, iż każdy zdołał zgromadzić całkiem pokaźne stronnictwo.

Najprościej powiedzieć, że obydwaj wpływowi bogacze wymieniali się na fotelu prezydenta i tak Pedro Santana rządził w latach 1844-1848, a następnie ster przejął Buenaventura Báez w latach 1849-1853. Po tym okresie znów wrócił Santana w latach 1853-1856. Dalej zastąpił go Báez sprawując władzę od 1856 do 1858 roku. Jak się domyślacie, teraz kolej przyszła na Santanę rządzącego w latach 1858-1861.

W obliczu zagrożenia ze strony Haiti prezydent Santana już w 1847 roku zwrócił się do Paryża o protektorat. Liczył na to, że skonfliktowana z Haiti Francja zechce przysłać swoje wojska i poprzeć zbrojnie wschód wyspy. Bardzo się w tym przeliczył, bowiem Paryż doskonale pamiętał straty poniesione w walce z czarnoskórymi buntownikami i nie zamierzał znów wikłać się w zamorską awanturę.

Konkurent Santany, prezydent Buenaventura Báez wolał zabiegać o protekcję USA, jednak i on nie odniósł żadnego sukcesu. W Ameryce zaczynało już wrzeć, a konflikt północ-południe nabrzmiewał z każdym rokiem. Politycy amerykańscy zajęci byli własnymi sprawami, a już niedługo kraj miał się pogrążyć w krwawej wojnie domowej.

W 1859 roku Santana zwrócił się o pomoc do Hiszpanii, która cztery lata wcześniej uznała niepodległość swej byłej kolonii. Prezydent po raz kolejny doznał rozczarowania, gdyż Hiszpania nazbyt obawiała się reakcji USA i postanowiła nie wtrącać się w wydarzenia na wyspie. Uparty Santana nie dął jednak za wygraną i sukces osiągnął w marcu 1861 roku, gdy sytuacja w Ameryce była już całkowicie odmienna – Unia zajęta była konfliktem z południowymi stanami. Wówczas Hiszpania łaskawie zgodziła się, aby Dominikana znów stała się jej kolonią. Sam Santana rządził jeszcze rok, jako gubernator generalny Santo Domingo.

 Tymczasem w Haiti.

Myliłby się ten, kto zakładałby, że Haiti przyjęło ogłoszenie niepodległości Dominikany w 1844 roku ze spokojem. Rozpoczęła się kampania wojenna, która pochłonęła wiele ofiar po obu stronach i znacznie osłabiła obydwa państwa. Szczególnie uparty w kwestii pokonania Dominikany był generał Faustyn Soulouque, który władzę w Haiti objął w 1847 roku by już w 1849 ogłosić się cesarzem Faustynem I. Szczególnie dwie wyprawy wojsk haitańskich okazały się niezwykle krwawe w skutkach – były to kampanie z 1849 i 1855 roku. Obydwie zakończyły się klęską najeźdźców, ale także bardzo osłabiły siły Dominikany. Jeśli więc ktoś dziwił się, że mieszkańcy państwa, które dopiero odzyskało niepodległość, godzili się na zabieganie o protektorat obcych mocarstw, to musi zrozumieć, że w 1855 roku Dominikana była wykrwawiona i u kresu swych sił.

Fasutyn I wbrew swoim buńczucznym zapewnieniom nie pokonał Dominikany, co spowodowało, że w roku 1858 przeciwko cesarzowi wybuchł bunt armii. Na czele buntowników stanął generał Fabre Geffrard, który doprowadził w styczniu 1859 roku do zdobycia stolicy. W dniu 15 stycznia 1859 roku cesarz zrzekł się władzy i wyjechał na Jamajkę. Władzę w kraju przejął, czego nietrudno się domyślić, prezydent Fabre Geffrard.

Kiedy w 1861 roku nad Dominikaną zatrzepotała flaga Hiszpanii, Haiti mogło tylko zgłaszać swój sprzeciw. Pomimo pewnego sukcesu dyplomatycznego, jakim był solidarny sprzeciw Peru i Chile wobec rekolonizacji, Haiti musiało pogodzić się z klęską militarną i polityczną. Jednak to właśnie wówczas historia pokazała jak bardzo lubi zaskakiwać. Okazało się, że zwolennicy niepodległości Dominikany, których przecież nie brakowało, przekraczali granicę z Haiti, aby na terenie niegdysiejszego wroga organizować niepodległościowy ruch partyzancki!

Spiskowcy zyskali gościnę i poparcie w Port-ou-Prince, gdyż elita haitańska obawiała się, że Hiszpania nie poprzestanie na wschodniej części wyspy i z czasem zagarnie całą. Obawy potwierdziła wizyta eskadry okrętów wojennych z Hiszpanii, która przypłynęła w okolice Port-ou-Prince w dniu 6 lipca 1861 roku. Admirał Rubalcava zażądał natychmiast ogromnej kontrybucji, a także zaprzestania udzielania wsparcia niepodległościowym spiskowcom zbiegłym z byłej Dominikany. Dodatkowo zażyczył sobie, aby prasa haitańska przestała źle pisać o Hiszpanii, a artyleria haitańska oddała salut na cześć eskadry, którą dowodził.

Prezydent Fabre Geffrard ugiął się, choć udało mu się wynegocjować zmniejszenie upokarzającej kontrybucji. Był jednak na tyle odpowiedzialnym politykiem, iż wiedział, że Haiti nie ma sił na kolejną wojnę. Zamiast niej wybrał dyplomację i rozpoczął mozolne budowanie antyhiszpańskiej koalicji opierając ją na Meksyku, Peru oraz USA. Jednocześnie nie zaprzestał wspierania spiskowców dążących do niepodległości Dominikany. Na efekty przyszło mu poczekać do 16 sierpnia 1863 roku.

 El grito de Capotillo

Patrioci walczący o niepodległość Dominikany nie ustawali w wysiłkach. I tak 2 maja 1861 generał José Contreras usiłował rozpocząć zbrojną rebelię. Poniósł klęskę, ale nie powstrzymało to innych. W tym samym roku sławny Francisco del Rosario Sánchez ruszył z grupą powstańców z terytorium Haiti. Rebelianci zostali jednak rozbici, a sam Sánchez rozstrzelany. Wydawało się jednak, że wszystkie te tragiczne wydarzenia tylko wzmacniają determinację patriotów.

Wreszcie w dniu 16 sierpnia 1863 roku grupa buntowników wzniosła sztandar Dominikany na wzgórzu Capotillo, co przeszło do historii, jako „El grito de Capotillo” („Krzyk z Capotillo”). Na czele rebelii stanęli Gregorio Luperón i Santiago Rodríguez Masagó. Chyba sami buntownicy nie przypuszczali, że odniosą aż taki sukces, bo już wkrótce okazało się, że pod bronią znalazło się 6 tysięcy zwolenników niepodległości.

Skala niezadowolenia ludności, a co za tym idzie poparcia dla rebelii, wynikała z całkowicie błędnych działań, jaki prowadziła Hiszpania wobec swej kolonii. Zupełnie jakby historia niczego nie nauczyła hiszpańskich władców. W zasadzie zaraz po ogłoszeniu swego protektoratu nad Dominikaną, rozpoczęli oni łupieżczą politykę podatkową. Ponadto przysłali z kraju całą rzeszę urzędników i żołnierzy, którzy znaleźli się na utrzymaniu kolonistów. Niesłychanie rozrosła się także korupcja, która już za rządów haitańskich budziła wściekłość. Na dodatek mieszkańców kolonii potraktowano, jak obywateli drugiej kategorii nie zgadzając się na ich udział w parlamencie hiszpańskim. Nic więc dziwnego, że poparcie dla niepodległości rosło, a malała chęć pozostawania pod opieką korony.

Rozpoczęła się wojna partyzancka, której armia hiszpańska nie umiała sprostać. Rebelianci powołali też rząd tymczasowy, na którego czele stanął José Antonio Salcedo y Ramírez. W dniu 14 września mianowany został tymczasowym prezydentem i miał sprawować urząd do czasu uzyskania pełnej niepodległości. W samej Hiszpanii wojna w dalekiej kolonii nie cieszyła się poparciem. Uważano, że jest zbędną stratą żołnierzy i funduszy. Podobnie myślał tymczasowy prezydent Dominikany, który opowiadał się za rozpoczęciem negocjacji pokojowych.

Na wieść o tym grupa nieprzejednanych niepodległościowców zareagowała zdecydowanym sprzeciwem, a sam prezydent zginął z rąk Gaspara Polanco. Ów ambitny bojownik nie zdobył sobie jednak popularności swym czynem. Dodatkowo zniechęcił do siebie powstańców nieudanym atakiem na hiszpańskie wojsko pod Monte Cristi oraz tym, że faworyzował swych krewnych. W efekcie został odsunięty od władzy przez Gregorio Luperóna.

Kolejny tymczasowy rząd przygotował konstytucję, a na prezydenta wybrano w dniu 25 marca 1865 roku generała Pedro Antonio Pimentela. Niedługo później, bo w czerwcu 1865 roku, dekret królewski uznał wreszcie niepodległość Dominikany i tym samym zakończył działania wojenne na wyspie.

I na tym zakończmy tę opowieść, choć wypada jeszcze zauważyć rzecz ciekawą, która posłużyć może za podsumowanie. Otóż uważni czytelnicy dostrzegli z pewnością, że Dominikana mogłaby świętować aż trzy święta niepodległości. Pierwsze na pamiątkę ogłoszenia powstania samodzielnego państwa w 1821 roku. Drugie by uczcić słynny bunt z 1844 roku, którego symbolem jest Duarte. Trzeci by docenić poddanie się Hiszpanii w 1865 roku, co pozwolił znów odzyskać suwerenność.

Żartując można powiedzieć, że Dominikańczycy wspaniałomyślnie zgodzili się zrezygnować z dwóch hucznych fiest, na rzecz jednej i do dziś świętują 1844 rok jako ten, który przyniósł im upragnioną niepodległość. I pewnie nikt by ich nie namówił na zmianę zwyczajów.

 Ciekawostki

– pewną tajemnicą do dziś owiana jest niepodległościowa organizacja spiskowa „La Trinitaria”. Jedni twierdzą, że choćby zamiłowanie jej twórców do cyfry „3” wskazuje na niejasne powiazania z masonerią (dziewięciu głównych spiskowców Juan Pablo Duarte, José María Serra, Juan Isidro Pérez, Jacinto de la Concha, Félix María Ruiz, Felipe Alfáu, Benito González, Pedro Alejandrino Pina oraz Juan Nepomuceno Ravelo podzieliło się na trzy grupy, które miały zbierać fundusze i działać na terenie całego kraju). Niektórzy badacze doszukują się w biografii Juana Duarte pierwszego zetknięcia z masonami podczas swoich podróży do USA i Europy, gdy miał 16 lat;

– w przededniu odzyskania niepodległości przez Dominikanę, Juan Palo Duarte przebywał daleko od kraju. W dniu 2 sierpnia 1843 roku wskutek prześladowania spiskowców przez rząd Haiti musiał wyjechać do Caracas. Powrócił dopiero 15 marca 1844 roku, kiedy wraz z transportem broni przybył do niepodległej Dominikany;

– oddanie się Republiki Dominikany w 1859 roku pod protekcję Hiszpanii jest jedynym przypadkiem dobrowolnej rekolonizacji w Nowym Świecie;

– w 1823 roku USA ogłosiły słynną doktrynę Monroe. Jej zasadniczym trzonem było twierdzenie, że cały kontynent amerykański nie może podlegać kolonizacji lub jakimkolwiek przejawom ekspansji politycznej ze strony państw europejskich, a w zamian Stany Zjednoczone nie będą ingerowały w sprawy mocarstw Europy oraz ich istniejących kolonii. Ustanowienie kolonii hiszpańskiej z Republiki Dominikany stało w sprzeczności z doktryną, ale osłabione Stany Zjednoczone nie mogły wówczas zareagować;

– generał Faustyn Soulouque, czyli cesarz Faustyn I był człowiekiem niepiśmiennym, ale nie przeszkadzało mu to równocześnie być chorobliwie ambitnym. Mówiono o nim, jako o nieokrzesanym brutalu, który budził powszechne obawy. Jednocześnie Faustyn I zapatrzony był w przykład Dessalinesa i marzył o zjednoczeniu wyspy pod flagą Haiti.