Cz. XIV pt. „Zniesienie niewolnictwa w Saint-Domingue.”

Andrzej Młynarczyk

Ziarno na podatnym gruncie

Nie byłoby zniesienia niewolnictwa we francuskiej części Hispaniolii, gdyby nie wydarzenia w Francji zwane Rewolucją Francuską lub Wielką Rewolucją Francuską. Bunt, który rozpoczął się we Francji w 1789 roku miał bardzo wiele przyczyn zakorzenionych w najróżniejszych dziedzinach – od polityki, poprzez ekonomię, aż do nowych prądów filozoficznych, czy kierunków zainteresowania ówczesnych literatów. Nie jedno potężne historyczne opracowanie poświęcono temu zagadnieniu, a tym samym ja czuję się zwolniony od streszczania któregokolwiek. Tym bardziej, że chciałbym tu opowiedzieć nie o burzliwych wydarzeniach, które miały miejsce we Francji, ale o tym, jak rewolucja przedostała się na Hispaniolę i czym się to zakończyło.

Mylą się ci, którzy sądzą, że wraz z wybuchem Rewolucji na starym kontynencie rozpoczęło się wrzenie w kolonii francuskiej Saint-Domingue. Tak naprawdę już wcześniej na tym oddalonym od Paryża kawałku wyspy wyczuwało się nadchodzące zmiany. Ciekawe jest to, że żadna chyba grupa społeczna nie była wówczas zadowolona z rzeczywistości, w której przyszło jej żyć. Najgorzej mieli oczywiście czarni niewolnicy, którzy zmuszeni byli znosić nie tylko trud ciężkiej pracy, ale też upokorzenia wynikające z braku jakichkolwiek praw.

Niezadowoleni byli mulaci, którzy aspirowali do zrównania w prawach z białymi osadnikami. Domagali się oni otwarcia dróg do karier w administracji, a także kolonialnej milicji, która pełniła rolę lokalnego wojska. Było to oczywiste wyzwanie rzucone pozycji białych kolonistów. Trudno się więc dziwić, że i ci stojący na czubku piramidy społecznej nie czuli się w Saint-Domingue dobrze.

Co ciekawe wśród białych kolonistów istniały podziały, które nie dotyczyły tylko wielkości majątków. Poza grupą lojalistów wiernych koronie, częste było powoływanie się na przykład Amerykanów, którzy odważnie  zdecydowali się na zrzucenie jarzma korony Anglii i status kolonii zmienili na niepodległość. Wizja odrzucenia dyktatu Paryża była nęcąca, gdyż z trudem znoszono ciężary podatkowe, ale jednocześnie zdawano sobie sprawę, że w przypadku jawnego buntu trudno będzie sprzedać produkowany w Saint-Domingue cukier oraz inne dobra. Trzeba przecież pamiętać o tym, że młoda Ameryka z racji swojej geograficznej bliskości byłaby idealnym importerem, to jednak nie była gotowa ekonomicznie na przyjęcie takiej ilości towarów produkowanych na plantacjach Saint-Domingue. Kraje europejskie też prawdopodobnie nie mogłyby wchłonąć tej ogromnej produkcji przy jednoczesnym utrzymaniu atrakcyjnych cen.

Ponure nastroje w kolonii pogłębił również brak żywności, który dał się odczuć boleśnie mieszkańcom. Trudno uwierzyć w to, że tak bogata i prężna gospodarka nie potrafiła wyprodukować dostatecznej ilości pożywienia, ale tak właśnie się stało. Najważniejszą przyczyną była ogromna chęć zysku, która spowodowała, że plantacje przestawiły się prawie całkowicie na produkcję eksportową. Doprowadziło to sytuacji, w której część dostaw produktów potrzebnych do wyżywienia mieszkańców trzeba było sprowadzać ze Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Co ciekawe znaczna część tego handlu z Ameryką była nielegalna z uwagi na ostre restrykcje prawne narzucające obowiązek czynienia wszelkich zakupów we Francji.

Trudno się więc dziwić, że w Saint-Domingue wybuchały bunty i zamieszki, które odnotowywano od 1722 roku. Do tego dochodziło zjawisko zbiegostwa czarnych niewolników, którzy opuszczali plantacje ukrywając się w niedostępnych częściach kolonii lub nawet uciekając do części wyspy rządzonej przez Hiszpanię.

Rewolucja dociera na wyspę.

Pogłoski o proklamowaniu w zrewoltowanym Paryżu szerokich swobód obywatelskich dotarły oczywiście do Saint-Domingue. Wieści te wzbudziły niepokój u białych kolonistów i ogromną nadzieję u kolorowych mieszkańców kolonii. Już jesienią 1790 roku doszło do nieudanego powstania mulatów, którym przewodzili Vincent Ogé i Jean-Baptiste Chavannes. Domagali się oni wprowadzenia w życie dekretów Zgromadzenia Narodowego z 8 i 28 maja, które nadawały prawa obywatelskie mulatom. Wezwali też kolorową ludność kolonii do zbrojnej walki o swoje prawa. Jednakże z uwagi na słabe przygotowanie powstania i bark poparcia ze strony czarnych niewolników, nie udało się odnieść zwycięstwa, a przywódcy zbiegli na hiszpańską stronę wyspy. Tam zostali pochwyceni i przekazani Francuzom, którzy zdecydowali się stracić buntowników. Egzekucja odbyła się 25 lutego 1791 roku na głównym placu Cap Français. Był to wyraźny sygnał, że sytuacja w kolonii zaczynała robić się dramatyczna.

Za faktyczny początek wielkiego buntu kolorowej ludności można uznać słynne zgromadzenie niewolników, które miało miejsce 14 sierpnia 1791  roku w lesie Bois-Caïman. Zebranym przewodził nijaki Boukman, który zasługuje w pełni na zupełnie osobną opowieść. Przeszedł on do legendy w związku z tym, że przypisywano mu paranie się magią i posiadanie niesamowitych demonicznych zdolności. Prawdopodobnie urodził się, jako niewolnik na Jamajce. Zbiegł lub został sprzedany do Saint-Domingue, gdzie ukrywał się i gromadził wokół siebie zbuntowanych zbiegów z plantacji. Do naszych czasów przetrwały o nim nieprawdopodobne opowieści powstałe w czasach rewolucji. Są one dalekim echem tego co działo się naprawdę. Moim zdaniem Boukman był sprytnym manipulatorem, który doskonale potrafił wykorzystać wiarę niewolników w czary. Część badaczy twierdzi, że jego imię pochodzi od angielskiego pseudonimu „Book Man” i pozwala snuć przypuszczenia, że potrafił on czytać. Wydaje mi się to wielce prawdopodobną teorią, choćby z uwagi na mistrzowski sposób w jaki Boukman potrafił przekonać swoich towarzyszy, iż posiada magiczne moce.

Zapewne faktycznie odprawiał on niesamowite ceremonie, które miały przekonać jego zwolenników o tym, że sprzyjają im przyzywane przez Boukmana tajemne siły. W rzeczywistości ów niesamowity przywódca za pomocą guseł i czarów gwarantował sobie ogromny posłuch oraz poważanie, a także bezwarunkowe posłuszeństwo. Przekaz, który przetrwał do naszych czasów mówi o tym, że 14 sierpnia 1791  roku w lesie Bois-Caïman odprawiono dziwną ceremonię, której przewodniczył, jako kapłan-czarownik, sam Boukman. Wrażenie musiało być piorunujące, bowiem podburzona przez niego ludność rozpoczęła wieczorem 22 sierpnia 1791 krwawą rzeź białych właścicieli plantacji położonych niedaleko Cap. Rozmiary tej masakry były ogromne, choć historycy różnią się co do liczb. Prawdopodobnie zamordowano wówczas ok. 1000 białych kolonistów, a ich plantacje spalono. Doszło też do oblężenia miasta, które broniło się przez cały dzień. Zbuntowani niewolnicy nie potrafili jednak przełamać obrony i poradzić sobie z ogniem artyleryjskim, który spadł na ich szeregi. Pomimo zażartych prób zdobycia fortyfikacji miejskich musieli w końcu odstąpić i rozproszyli się po okolicy. Rozpoczęła się seria mniejszych i większych potyczek w terenie, która trwała przez kilka miesięcy.

We wrześniu na wyspę przybyły wojskowe posiłki z Francji, a w listopadzie 1791 roku Boukman został zabity w bitwie, zaś jego głowa miała być pokazywana niewolnikom, jako dowód na to, iż nie był on nieśmiertelny, jak mówiły ludowe wierzenia. Jednak śmierć tajemniczego przywódcy-czarownika  nie zakończyła walki. Zbrojne potyczki z uzbrojonymi bandami trwały nieustanie. Na to wszystko nałożyła się złożona sytuacja związana z wydarzeniami, które wówczas działy się we Francji.

Murzyni bronią króla.

Biała ludność w Saint-Domingue podzieliła się na zwolenników Rewolucji Francuskiej oraz tę, która opowiedziała się po stronie przeciwnej. Do Saint-Domingue napłynęli uciekinierzy z Francji, który wzmocnili szeregi kontrrewolucjonistów, a w zbuntowanej ludności murzyńskiej dostrzegli swoją nadzieję. Wynikało to z przekonania, że ta siła, która przeciągnie na swoją stronę zbuntowanych niewolników osiągnie taką przewagę liczebną, która pozwoli utrzymać władzę w kolonii. Przeciwnicy rewolucji zdawali sobie sprawę z tego, że działający w Paryżu „Klub Przyjaciół Murzynów” założony przez Brissota de Varville posiada ogromne wpływy dzięki temu, że jego członkami byli tak sławni ludzie, jak Danton,  Robespierre,  czy Lafayette. Musieli więc działać niezwykle szybko, aby nie pozwolić okrzepnąć rewolucyjnym porządkom na wyspie.

Pomysł być może podsunął im sam Boukman, który w swoich wystąpieniach przekonywał buntowników, że mówi w imieniu króla Francji. Twierdził, że „dobry król” bardzo chce pomóc ludności niewolniczej, ale podli właściciele ziemscy knują przeciwko temu wspaniałemu władcy i nie chcą zezwolić na wprowadzenie mądrych praw. Co ciekawe Boukman nie mylił się tak do końca w swoim rozumowaniu. Być może dotarły do niego pogłoski o tym, że tuż przed wybuchem Rewolucji Francuskiej władze w Paryżu czyniły starania o poprawę losu niewolników. Działo się tak pod wpływem ówczesnych abolicjonistycznych prądów myślowych i skutkowało wydaniem kilku rozporządzeń rządowych nakazujących lepsze traktowanie murzynów.

Po śmierci Boukmana przywództwo nad buntownikami objął zbuntowany niewolnik Jean François, człowiek niepiśmienny o dość niewielkiej wiedzy na temat współczesnego świata. Łatwo poddał się on manipulacji rojalistycznej, a nawet paradował w galowym mundurze generała lub admirała królewskiego. Przekonany o swojej wyjątkowej roli prowadził byłych niewolników do walki pod hasłem „Niech żyje król!”. Sytuacja w kolonii wydawała się kuriozalna, jak chyba nigdy wcześniej.

Wtedy właśnie do Saint-Domingue przypłynęli przedstawiciele nowych władz w Paryżu z zadaniem zakończenia chaosu w kolonii. Byli to komisarze: Saint  Leger,  Mirbeck  i Roume de Saint Laurent. Trzeba przyznać, że panowie sprawnie zabrali się do dzieła i przede wszystkim wprowadzili w życie prawa dotyczące mulatów, czyli wspomniane już dekrety Zgromadzenia Narodowego z 8 i 28 maja 1790 roku. Zaspokoiwszy roszczenia tej części ludności, przystąpili niezwłocznie do rokowań ze zbuntowanymi niewolnikami, którym przewodził wspomniany Jean François.

Postulaty buntowników nie były specjalnie wygórowane. W zamian za złożenie broni oczekiwali sprawiedliwego i godziwego traktowania niewolników, wprowadzenia zapłaty za pracę w majątkach, a także wypłacenia odszkodowań byłym powstańcom, które pozwoliłby im na rozpoczęcie nowego życia. Jak widać samozwańczy generał nie naciskał, aby niewolnictwo zostało zniesione. Prosił jedynie, aby wolnością obdarowano pięćdziesięciu najbardziej dzielnych i zasłużonych powstańców.

I tak mogłaby się zakończyć sprawa buntu niewolniczego, gdyby nie upór Rady Kolonialnej, która wbrew przysłanym komisarzom odrzuciła warunki Jeana Françoisa. Oburzeni takim potraktowaniem buntownicy wymordowali trzymanych zakładników, zerwali rokowania i ponownie chwycili za broń. Rozpoczął się kolejny okres walk przerywany nieudanymi rokowaniami. Było to też czas, w którym wśród niewolniczych powstańców coraz większą sławę zaczął zdobywać i ugruntowywać młody, zdolny oraz wykształcony Toussaint L’ouverture, o którym przyjdzie nam jeszcze opowiadać w kolejnych rozdziałach.

Zniesienie niewolnictwa.

W dniu 17  czerwca  1792  roku  do Saint-Domingue  przybyli  nowi  komisarze: Ailhaud, Polvérel i Sonthonax. Wraz z nimi dostarczono posiłki wojskowe, czyli aż 6000 żołnierzy pod wodzą generała l’Esparbeau. Nowi komisarze, podobnie do swych poprzedników, rozpoczęli od przypomnienia mieszkańcom kolonii, że w nowa władza ma zupełnie inny sposób patrzenia na sprawy ludności niż miało to miejsce przed wybuchem Rewolucji Francuskiej. Jednak pewne wydarzenie popsuło szyki rewolucyjnym komisarzom. Otóż niecały rok po nich przybył na wyspę nowy generał, który miał objąć dowództwo nad wojskiem. W dniu 6 maja 1793 roku, do portu w Cap wpłynął okręt „La Normande”, a na nim generał Galbaud – człowiek, który mówiąc delikatnie, do rewolucji miał stosunek chłodny, a do praw ludności kolorowej lodowaty.

Łatwo się domyślić, że nowy generał powitany został przez białych plantatorów z wielkim entuzjazmem, a przez komisarzy z ogromnym zdziwieniem i niechęcią. Chcąc się go pozbyć sprytny Sonthonax powołał się na rozporządzenie z kwietnia 1791 roku. Prawo to stwierdzało, że kto urodził się w Saint-Domingue lub miał w kolonii majątek, ten nie może pełnić wysokiego urzędu wojskowego. Tak więc urażony generał wrócił na okręt, ale nie miał najmniejszego zamiaru popłynąć do Francji.

Nieco później doszło do przykrego incydentu z udziałem marynarzy z „La Normande”. Wszystko zaczęło się od rzekomej obrazy oficera dokonanej przez miejscowego mulata. W sprawie zeznawać mieli świadkowie wydarzenia, a w tym murzyni. Marynarze poczuli się obrażeni takim rozwojem sprawy, a po ich stronie stanął szukający odwetu generał Galbaud. Ów porywczy człowiek nie tylko rozkazał ostrzelać miasto z dział okrętowych, ale dokonał desantu i usiłował zdobyć Cap.

W dniach 20-22 czerwca 1793 roku całe miasto stanęło w płomieniach. Na ulicach trwały zażarte walki – po stronie marynarzy z „La Normande” stanęła ludność wrogo nastawiona do Rewolucji Francuskiej. Zdesperowany komisarz Sonthonax wpuścił do miasta zbuntowanych niewolników obiecując im wolność za pomoc w walce przeciwko generałowi Galbaudowi. Murzyni przechylili szalę zwycięstwa na stronę wojsk wiernych komisarzowi Sonthonax, a pokonany generał uciekł do Stanów Zjednoczonych.

Jednak najważniejsze miało dopiero nadejść. Rozentuzjazmowany zwycięstwem Sonthonax ogłosił w dniu 29 sierpnia 1793 roku całkowite zniesienie niewolnictwa i nadanie byłym niewolnikom pełni praw obywateli Republiki Francuskiej. Konwent potwierdził to 4 lutego 1794 roku (wedle rewolucyjnej daty 16 ploviose roku II), a tym samym zniesione zostało niewolnictwo w Saint-Domingue.

Warto zadać pytanie, jak w rzeczywistości było z tym „zniesieniem niewolnictwa”? Okazuje się, że wcale nie było tak pięknie, jak wymarzyli to sobie buntownicy. Większość czarnoskórych robotników wróciła na plantacje, gdzie nadal pracowali ciężko, ale ze niewielkie wynagrodzenie. Cóż, można zapytać o to, jakie mieli wyjście? Ucieczki z wyspy nie było, a jeśli chcieli przeżyć, to musieli podjąć pracę na warunkach, które ustanowili dawni właściciele. Często ten typ „zatrudnienia” określany jest, jako praca na wpół przymusowa. Co gorsze, właściciele plantacji zatrudnili w roli nadzorców wielu szczególnie brutalnych i bezwzględnych byłych powstańców. Tym samym ciężko pracujących ex buntowników pilnowali ich dani towarzysze broni.

Hiszpanie wobec wydarzeń w Saint-Domingue.

Warto przyjrzeć się temu w jaki sposób Hiszpanie odbierali wydarzenia, które rozgrywały się tuż za granicą ich kolonii na Hispanioli. Co oczywiste, hiszpańscy osadnicy nieufnie odnosili się do Rewolucji Francuskiej, której ideały zupełnie nie mieściły się w tradycyjnej kulturze związanej z katolicką monarchią. Nie oznacza to jednak, że pozostawali bierni wobec tego co działa się w Saint-Domingue.

Powyżej wspomniałem o wydaniu w ręce Francuzów dwóch przywódców powstania mulatów, którymi byli Vincent Ogé i Jean-Baptiste Chavanne. Już to wydarzenie wskazuje, że władze hiszpańskiej kolonii bały się rozprzestrzenienia buntów na swoim terytorium. Strach ten zwiększył się w okresie, gdy po broń sięgnęli czarni niewolnicy. Trzeba bowiem pamiętać, że po hiszpańskiej stronie granicy również istniało niewolnictwo, choć w skali mniejszej niż w Saint-Domingue. Można więc rzec, że Hiszpanie musieli poradzić sobie z dwoma poważnymi obawami – z jednej strony przed rozprzestrzenianiem się ideałów Rewolucji Francuskiej, a z drugiej przed buntem ludności niewolniczej.

Wówczas jednak Hiszpanie postanowili wykorzystać sytuację do swoich własnych celów tak, aby jak najmocniej zaszkodzić nowym władzom we francuskiej kolonii. Uczynili to co wydawało się najbardziej logiczne, czyli wsparli po cichu jedną ze stron. Podobnie jak przeciwnicy Rewolucji w Saint-Domingue, tak też hiszpańscy osadnicy postawili na wspieranie zbuntowanych niewolników. Wynikało to z założenia, iż w przypadku zwycięstwa zwolenników króla następnym krokiem będzie opanowanie buntu murzynów.

Niewątpliwie zbuntowanych niewolników wspierano pozwalając im bez przeszkód ukrywać się po hiszpańskiej stronie granicy. Zdarzały się także przypadki pomocy w postaci przekazywania broni, amunicji oraz żywności. Hiszpanom zależało by możliwie najbardziej zdestabilizować Saint-Domingue, co do pewnego stopnia udało się. Przekonamy się o tym w kolejnych rozdziałach, w których mowa będzie o dalszych losach francuskiej kolonii na Hispanioli oraz zbrojnej interwencji Hiszpanii.

Na koniec  – ciekawostki:

– Wielu miłośników historii jest przekonanych, że Rewolucja Francuska od początku niosła również hasła wyzwolenia niewolników. Nie jest to prawda. O ile dość szybko wydano prawa w stosunku do mulatów, to dopiero komisarz Sonthanax ogłosił zniesienie niewolnictwa, a uczynił to bez żadnej wiedzy Paryża! Warto pamiętać, że inne kolonie francuskie musiały czekać na podobną decyzję aż do 1848 roku;

– bunt czarnych niewolników nigdy nie ogarnął terenów całej kolonii Saint-Domingue. Najbardziej żywy był w okolicach Cap, ale bunt nigdy nie przeniósł się na teren niektórych parafii, szczególnie na zachodzie i południu francuskiej części wyspy. Były też okresy, w których powstańcy porzucali broń i wracali na plantacje by na nowo podjąć pracę – działo się tak pod wpływem zniechęcenia, głodu lub klęsk w kolejnych potyczkach;

– niewielkie oddziały zbuntowanych murzynów pozostały w ukryciu aż do 1795 roku;

– do dziś trwają spory na temat liczby zbuntowanych niewolników. Najbardziej prawdopodobne wyliczenia mówią o maksymalnej liczbie 30-35 tysiącach powstańców;

– buntownicy w pierwszej kolejności palili plantacje trzciny cukrowej, co wskazuje na to, jak znienawidzona była wykonywana tam praca. Bardzo niewiele zniszczono plantacji kakao i praktycznie wcale nie ucierpiały uprawy kawy.

– pamiętacie trzech komisarzy, którzy przybyli na wyspę w dniu 17  czerwca  1792  roku? Ich stosunek do byłych niewolników w ciekawy sposób pokazuje złożoność sytuacji społecznej i politycznej. Pan Ailhaud miał wszystkiego dość i zwyczajnie uciekł do Francji porzucając swoje obowiązki. Polvérel, który zarządzał w Port-au-Prince, zasłynął tym, że 22 września 1793 roku ogłosił zniesienie niewolnictwa, acz z dużą niechęcią. Urządził przy tym zadziwiającą uroczystość zrzeczenia się przez byłych panów swoich praw do niewolników. Miało to na celu podkreślenie, że byłym właścicielom nic nie zostało narzucone i tym samym ocalenie ich dumy. A co z Sonthanaxem? Wydawał się być największym zwolennikiem zniesienie niewolnictwa, ale pod wpływem nacisku właścicieli ziemskich nieco ochłodził swój entuzjazm. To właśnie jemu czarni robotnicy „zawdzięczają” praktycznie feudalny system feudalny, w którym byłych niewolników przywiązano do danego majątku w zamian za ¼ dochodu danej plantacji. W rzeczywistości otrzymywali oni zapłatę w naturze (i to po odliczeniu kosztów utrzymania), czyli np. cukrze, który musieli sprzedać lokalnym pośrednikom w myśl dyktowanych warunków.