Cz. XVI pt. „Jedno, dwa, a nawet trzy Haiti”

Andrzej Młynarczyk

Skomplikowana sytuacja prawna.

Wraz z zakończeniem rozdziału XV pozostawiliśmy Hispaniolę w niezwykle złożonej sytuacji prawnej i politycznej. Podsumujmy krótko, jak to wszystko wyglądało. Otóż, po pierwsze Francja uznawała, że na mocy traktatu z Bazylei (z dnia 22 lipca 1795 roku) posiadała prawo do całej wyspy. Jednak faktycznie kontrolowała tylko ziemie byłej kolonii hiszpańskiej, a wyparta została po krwawych walkach z terenów Saint-Domingue, na którym proklamowano powstanie nowego państwa o nazwie Haiti.

Władca Haiti, czyli gubernator generalny Jean-Jacques Dessalines również uznawał, że posiada pełne prawo do całej wyspy, gdyż zajął ją w styczniu 1801 roku. Co prawda został wypchnięty z części hiszpańskojęzycznej przez interweniujących Francuzów już w 1802 roku, ale za to pokonał wojska Bonapartego na terenie dawnego Saint-Domingue. Czyż takie dokonanie nie dawało prawa do dumy każdemu dowódcy?

Ale wyobraźmy sobie, że spoglądamy na mapę strategiczną ówczesnej wyspy Hispanioli. Na zachodniej stronie wyspy zobaczylibyśmy czarne pionki oznaczające czekającą, acz mocno wykrwawioną armia Dessalinesa, który uważał, że cała wyspa powinna być jednym państwem – Haiti. Na zachodzie dostrzeglibyśmy pionki niebieskie, które symbolizowałyby resztki pobitych, mocno wykrwawionych oddziałów francuskich, które bezskutecznie czekały na pomoc z ojczyzny. Do tego być może ktoś panujący nad mapą rozstawiłby piony białe, które odzwierciedlałby wolnych obywateli dawnej hiszpańskiej kolonii. Było to o tyle ważne, że właśnie ta ludność, ze szczególnym uwzględnieniem właścicieli ziemskich, patrzyła z dużą sympatią na żołnierzy francuskich. Dlaczego? Cóż, nikt z Hiszpanów nie chciał, aby w części hiszpańskojęzycznej doszło do wydarzeń znanych z czasów rewolty czarnych niewolników. Im większy by strach przed czarną rewolucją, tym mocniejsza przyjaźń do francuskich żołnierzy – jak widać lęk ma ogromną moc!

Cesarz na Hispanioli.

Przejdźmy teraz do wydarzenia szczególnego, którego chyba nikt na całych Karaibach nie mógłby się spodziewać. Sami powiedzcie, czy wyobrażaliście sobie, że na Hispanioli pojawi się cesarz? Nie, nie ten koronowany we Francji w osobie Napoleona Bonaparte, ale ktoś zupełnie inny – cesarz Haiti. Tak, historia pisze czasami takie scenariusze, które ktoś nie obeznany z faktami mógłby uznać za zupełną fikcję rodem z książek fantastycznych.

Oto władca Haiti i jego otoczenie otrzymali w sierpniu „najnowsze” wieści ze znienawidzonej Francji. Dowiedzieli się przede wszystkim o tym, że w dniu 18 maja 1804 roku Bonaparte został cesarzem Francuzów.

Gubernator generalny Dessalines odebrał to jako osobiste wyzwanie. A skoro, jak wspomniałem, to właśnie on był wodzem armii, która pokonała Francuzów, to przecież nie mógł posiadać tytułu niższego niż jakiś tam Bonaparte. To przecież oczywiste, prawda?

Wiadomości z Europy przyniosły przybliżoną grudniową datę samego aktu koronacji Napoleona, a więc dwór władcy Haiti postanowił wyprzedzić konkurenta ze starego kontynentu. Skoro Bonaparte miał założyć cesarską koronę w grudniu, to Dessalines musiał to koniecznie uczynić wcześniej! Posunięto się nawet do antydatowania dokumentów w tej sprawie, co miało odsunąć do Dessalinesa podejrzenie, że przyjęcie przez niego tytułu wynikało wprost z zazdrości o Bonapartego.

Wypada jednak wyjaśnić że nie chodziło tylko o ambicjonalne podejście władcy Haiti do Bonapartego, ale też o ogólną nienawiść ludności do Francuzów, a także ogromny strach przed ich powrotem do władzy. Jak widać sprawa jest nieco złożona i musimy cofnąć się o kilka miesięcy, czyli mniej więcej do lutego 1804 roku. Wtedy to po ustanowieniu nowej władzy zaczęła się bezpardonowa i krwawa rozprawa z pozostającymi jeszcze w Haiti Francuzami. Mówiąc wprost – rozpoczęto systematyczne ich zabijanie, które trwało aż do kwietnia lub nawet maja 1804 roku. Jak widać nienawiść do Francuzów była naprawdę ogromna! Sam Dessalines straszył byłych niewolników ponowną inwazją armii francuskiej, co znalazło swoje odbicie nawet w jego oficjalnej odezwie z 28 kwietnia 1804 roku, w której nakazywał zniszczenie miast Haiti na wypadek lądowania nieprzyjaciela.

Można śmiało powiedzieć, że w Haiti panował swego rodzaju obłędny strach przed powrotem Francuzów i ich zemstą, a co za tym idzie przed ponownym wprowadzeniem niewolnictwa. To spowodowało nie tylko zbrodnie na cywilnej ludności, ale przekonało dwór Dessalinesa, że należy całemu światu okazać, iż władca wyspy stoi na równi z władcą Francji. Sprawę rozwiązano w sposób dość ciekawy, bo formalnie to lud zwrócił się o koronowanie władcy. I na tej podstawie ustalono, że koronacja odbędzie się 8 października.

Sama uroczystość przeszła do historii najdziwniejszych zdarzeń tamtej epoki. Cesarz przyjął imię Jakuba I i pojechał na koronację w karocy stanowiącej dar brytyjskiego konsorcjum Samuela Ogdena. Ubiór przywdział przy tym również angielski, co zapewne miało podkreślić, iż nie bierze wzorców ze znienawidzonej Francji. Przysłowiową wisienką na torcie była korona przysłana z… Stanów Zjednoczonych Ameryki.

Ambitny cesarz był przekonany, że teraz przyszła kolej na faktyczne rozciągnięcie jego państwa i panowania na całą wyspę. W dniu 16 lutego 1805 roku postanowił znów ruszyć na hiszpańskojęzyczną stronę wyspy, aby pobić stacjonujące tam resztki wojsk francuskich. Oddziały inwazyjne podzielone były na dwie grupy – południową prowadził osobiście Dessalines, a północną generał Christophe.

W dniu 28 lutego pomiędzy San Juan de la Maguana i Azua doszło do pierwszego starcia Haitańczyków i Francuzów. Wojska inwazyjne nie spodziewały się żadnego oporu, a parlamentariusze haitańscy grozili, iż w przypadku podjęcia walk dokonana będzie sroga zemsta. Faktycznie, groźby zostały spełnione, gdy cywilna ludność Santiago została w większości wymordowana, a samo miasto zniszczone. Jednak rozstrzygające dla haitańskiej inwazji było oblężenie Santo Domingo.

A ile liczyła armia haitańska? Historycy nie są zgodni podając rozpiętość od 20 do 30 tysięcy żołnierzy. Jednak większe kontrowersje budzi ocena tej armii, a konkretnie jej zahartowania i rzeczywistej siły. Niektórzy twierdzą, że haitański żołnierz był bitny i posiadał duże doświadczenie z walk z Francuzami na terenach dawnego Saint-Domingue. Moim zdaniem jest to teza, która nie wytrzymuje krytyki w obliczu tego co stało się pod Santo Domingo.

Na początku marca pod murami miasta spotkała się cała armia haitańska. Obrońców było ledwie kilka tysięcy – żołnierzy francuskich wspomagali hiszpańscy cywile. O determinacji obrońców świadczy fakt, że zdołali oni powstrzymywać ataki aż końca marca! Czyżby tak dobra armia haitańska nie potrafiła zdobyć miasta?

W dniu 29 marca Dessalines przerwał oblężenie i rozpoczął wycofywanie armii w stronę Haiti. Czemu? Historycy podają, że wódz otrzymał fałszywe wiadomości o lądowaniu posiłków z Francji. Rzekomo u wybrzeży wyspy spanikowani zwiadowcy dostrzegli 5 okrętów, które okrzyknięto fałszywie wojskową pomocą dla oblężonego Santo Domingo. I tak oto 20 lub 30 tysięcy żołnierzy rozpoczęło odwrót, który na trwałe zapisał się w historii Hispanioli. Był to bowiem prawdziwie krwawy marsz, pełen scen, jak z najgorszego horroru. Żołnierze haitańscy mordowali wszystkich, których spotkali na swej drodze. Grabili co się da, a domy palili. Uprowadzali zwierzęta domowe, a tych, których nie zdołali zabrać – zabijali. Taktyka spalonej ziemi została zastosowana w praktyce. Co więcej, inwazja haitańska z 1805 roku do dziś trwa w pamięci Dominikańczyków i często przywoływana jest jako historyczna przyczyna ogromnej niechęci do sąsiadów.

Koniec cesarstwa i dwa państwa Haiti.

Upokorzony cesarz postanowił skupić się na sprawach wewnętrznych Haiti. Mieszkańcom cesarstwa ogłoszono w dniu 16 czerwca 1805 roku konstytucję. Co ciekawe i w przypadku daty tego dokumentu mamy do czynienia z manipulacją, bo na dokumencie zapisano, iż powstał 20 maja. Ciekawostką jest, że wymieniono w niej 22 generałów, którzy „z woli ludu” przedstawili ów akt cesarzowi do zatwierdzenia. Oczywiście powtórzono zapisy o niepodległości Haiti oraz o zniesieniu niewolnictwa. Starano się także wykazać, że obywatele Haiti są równi bez względu na kolor skóry. Był z tym jednak pewien problem, a mianowicie taki, że zakładano, iż chodzi tylko o równość obywateli kolorowych. Konstytucja nie dawała takich samych praw białym. Prawo głosiło, że żaden biały nie będzie w Haiti posiadał majątku ziemskiego. De facto konstytucja zrównywała ludność czarną oraz mulatów, ale mieszkańców białych traktowało gorzej.

Wydawać by się mogło, że oto spełnia się sen kolorowych mieszkańców Haiti. Jednak w rzeczywistości pomiędzy mieszkańcami czarnymi i mulatami stosunki były bardzo napięte. Nowe prawa wzburzyły mulatów, którzy byli bogatsi i bardziej wpływowi od czarnej ludności, a tym samym nie życzyli sobie zrównywania. Oni też w większości przejęli majątki francuskie i stali się ich właścicielami. Oburzeni i zaniepokojeni działaniami Jakuba I mulaci doprowadzili do wybuchu powstania.

Miało to miejsce 7 października 1806 roku w Port-Salut. Można powiedzieć, że od tego momentu wydarzenia potoczyły się lawinowo. Kolejne miejscowości dołączały do buntu, a 11 października na stronę rebeliantów przeszedł nawet minister wojny. W dniu 16 października buntownicy ogłosili, że władzę w kraju przejmuje były towarzysz i wierny współpracownik Toussainta L’Ouverture’a – Henri Christophe.

W dniu 17 października cesarz Jakub I wpadł w zasadzkę rebeliantów w Pont-Rouge i tam też poniósł śmierć. Tym samym zakończyło się  również samo cesarstwo, bowiem 27 grudnia ogłoszono kolejną konstytucję, która dzieliła równo władzę miedzy prezydenta oraz senat. Dzień później prezydentem ogłoszono Henriego Christophe`a. I znów można powiedzieć, że wszystko mogło się jakoś ułożyć, gdyby nie przesadne ludzkie ambicje.

Prezydent Henri Christophe nie miał bowiem zamiaru dzielić się władzą z senatem i uznał, że sama konstytucja jest nielegalna, a także odmówił przyjęcia urzędu. Za to wraz z wiernymi wojskami uderzył na armię kierowaną przez przywódców senatu. Do rozstrzygającej bitwy doszło 1 stycznia 1807 roku nieopodal Port-ou-Prince. Armia senatu została pokonana, ale miasta nie udało się zdobyć.

W efekcie kraj podzielił się na dwa wrogie obozy, które proklamowały dwa nieuznające się wzajemnie państwa. Na północy istniało Państwo Haiti, a na południu Republika Haiti. W Państwie Haiti rządził Henri Christophe, a w Republice Haiti prezydentem został Alexandre Sabès Pétion. Nieco to wszystko skomplikowane, prawda? Cóż, muszę więc poprosić o nieco więcej cierpliwości, bo zaraz będzie gorzej.

Król.

Henri Christophe był człowiekiem niezwykłym – na swój sposób oczywiście. Już 17 lutego 1807 roku ogłosił konstytucję „swojego” Państwa Haiti, które miało być nieco specyficzną wersją absolutyzmu oświeconego. Tak, tak – władcy zamarzyła się korona i w dniu 26 marca 1811 roku koronowany został na króla Henryka I. Na kontrolowanym terenie wprowadził gospodarkę opierającą się na ogromnych majątkach ziemskich, w których pracowali za wynagrodzeniem chłopi. Oczywiście, jak to w monarchii, powstała i umacniała się arystokracja dziedziczna, którą wykreował sam Henryk I za pomocą nadawania najróżniejszych tytułów oraz przywilejów.

Niewątpliwie król Henryk I był władcą trzymającym swoje państwo bardzo silną ręką. Jednak nie zaniechał reform, które sprawiły, że kraj wreszcie zaczął się odbudowywać. I tak dzięki zbudowaniu niewielkiej floty handlowej uzyskano możliwość wznowienia eksportu dóbr. Do kraju zaczął napływać pieniądz, a w raz z nim nawet inwestycje np. rzemieślnicy z Anglii rozpoczęli budowę tkalni. Jakby tego było mało, to Henryk I łaskawie zgodził się na sprowadzenie nauczycieli z Francji i Stanów Zjednoczonych, którzy nauczać mieli w nowych szkołach.

A jak radził sobie prezydent Alexandre Sabès Pétion? Cóż, można powiedzieć, że nie najlepiej. Po pierwsze prezydent wcale nie miał zamiaru słuchać, ani zwoływać senatu. Również i jemu marzyły się rządy twardej ręki. Po drugie w 1809 roku wpadł na pomysł reformy rolnej, która miała podzielić wielkie majątki sprzyjających mu mulatów. To przelało czarę goryczy i spowodowało wybuch buntu. Od Republiki Haiti oddzieliło się terytorium trzeciego już w tej chwili organizmu państwowego, a na jego czele stanął przywódca buntowników generał André Rigaud

Ów władca trzeciego państwa haitańskiego zmarł 18 września 1811, a jego następca zrezygnował z buntu i poddał się władzy Pétiona. Ten niezbyt długo cieszył się władzą i zjednoczeniem swego państwa, bo zmarł dwa lata później. Jego następcą został prezydent Jean Pierre Boyer, któremu przyszło rządzić aż 25 lat.

Dwa państwa haitańskie trwały w ciągłym pogotowiu wojennym obawiając się siebie nawzajem oraz inwazji Francuskiej. W dniu 15 sierpnia 1820 roku król Henryk I dostał ataku apopleksji, co spowodowało, że poddani nabrali nadziei na rychły zgon despotycznego monarchy. Prawdopodobnie król mocno odczuł te nastroje, bo 8 października popełnił samobójstwo. Tym samym jedynym władcą Haiti został wspomniany już prezydent Jean Pierre Boyer, który ogłosił zjednoczenie podzielonego kraju. Niezwykle ambitny  prezydent Jean Pierre Boyer postanowił również dokonać tego, co nie udało się cesarzowi Jakubowi I, czyli narzucić swoją władzę całej wyspie. Ale zanim o tym opowiem trzeba nam cofnąć się w czasie.

Marzenie o niepodległości.

Pamiętacie, jak w 1805 roku upokorzony cesarz Haiti musiał wycofać się spod Santo Domingo? Teraz opowiem trochę o tym co działo się w hiszpańskojęzycznej części wyspy po tym wydarzeniu.

Otóż zachodnią częścią Hispanioli rządził generał Marie-Louis Ferrand pełniący funkcję gubernatora. W 1808 roku przyszły wieści o tym, że Napoleon Bonaparte znów narozrabiał w Europie, tym razem rozpoczynając okupację Hiszpanii. Bardzo nie podobało się to obywatelom Hispanioli, którzy nadal czuli się Hiszpanami.

Już w 1808 roku wybuchło antyfrancuskie powstanie, któremu przewodził Juan Sánchez Ramírez. Uczciwie trzeba przyznać, że Francuzi wielkich szans nie mieli. Tym bardziej, że Hiszpanom zdecydowali się pomoc Anglicy. Ale zaczęło się od tego, że posiłki przysłano z Puerto Rico w postaci… 300 żołnierzy, którzy wylądowali w Boca de Yuma. Jak widać liczby nie były powalające, ale świadczy to również o skali w jakiej wówczas walczono.

Do decydującego starcia doszło w listopadzie1808 roku kiedy to siły francuskie zostały rozgromione w okolicach Seibo. Zrozpaczony generał Marie-Louis Ferrand popełnił samobójstwo, a wojska powstańcze natychmiast ruszyły na Santo Domingo.

Oblężenie trwało do lipca 1809 roku kiedy to resztki Francuzów skapitulowały, a nad stolicą znów załopotał hiszpański sztandar. Francja ostatecznie machnęła ręką na pechową dla niej wyspę i zrzekła się praw do Hispanioli w 1814 roku. Jednak myliłby się ten, kto podziewałby się, że Hiszpania troskliwie zaopiekuje się odzyskaną kolonią.

Na hiszpańskojęzycznej części wyspy mieszkało wówczas ok. 50-60 tysięcy ludzi. Kraj był zniszczony, wyludniony i potwornie biedny. W zasadzie tylko Santo Domingo można byłoby bez wahania nazwać miastem. A Hiszpania? Hiszpania nie miała ani pieniędzy, ani ochoty, aby pomagać odległej wyspie. Nic też dziwnego, że mieszkańcy czuli się zwyczajnie oszukani i 1 grudnia 1821 roku ogłosili swój bunt. Administrację kolonialną wygnano precz, a stojący na czele buntowników José Núñez de Cáceres y Albor ogłosił niepodległość Państwa Hiszpańskiego Haiti (Estado Independiente de Haití Español). Swoją drogą, to okazuje się, że nie jest łatwo wymyśleć nazwę dla nowego państwa…

W tym samym czasie murzyni i mulaci z hiszpańskojęzycznej części wyspy marzyli o przyłączeniu do sąsiedniego Haiti. Prośby kierowane do prezydenta Haiti kraju nie trafiały w próżnię i Jean Pierre Boyer postanowił interweniować. W lutym 1822 roku ok. 20 tysięcy żołnierzy Haiti przekroczyło granicę i nie napotykając żadnego oporu dotarło do Santo Domingo. Oznaczało to koniec marzeń o niepodległości nowego państwa, którego obywatele mówili po hiszpańsku.

I oto znów Haiti rozciągnęło swoje panowanie na całą wyspę. Władcy pozostawało tylko zrobić wszystko, aby unormować swoje stosunki z Francją, która zgłaszała postulat odszkodowań za majątki, jakie utracili jej obywatele. Jean Pierre Boyer podpisał odpowiednie porozumienie w 1825 roku godząc się na zapłatę, ale jednocześnie mogąc odetchnąć głęboko żegnając strach przed inwazją wojsk francuskich.

Od tego momentu władza prezydenta umacniała się systematycznie opierając się na armii haitańskiej oraz mulackich bogatych posiadaczach ziemskich. W hiszpańskojęzycznej części wyspy zniesiono niewolnictwo, co pozwoliło Boyerowi przedstawiać się, jako wyzwolicielowi. Jednak żołnierze, urzędnicy i kupcy haitańscy zachowywali się raczej jak okupanci niż przyjaciele. A co z tego wyniknęło dowiemy się w kolejnym rozdziale.

Ciekawostki.

– przed oficjalną koronacją Dessalinesa został on ogłoszony cesarzem przez stacjonującą w Marchand 4 półbrygadę. Stało się to 2 września 1804 roku i do dziś trudno znaleźć wytłumaczenie dla tego dziwnego aktu żołnierzy. Być może najzwyczajniej w świecie chcieli przypodobać się władcy?;

– Henri Christophe nigdy nie przyznał się do uczestnictwa w spisku, który doprowadził do obalenia cesarza. Być może targały nim wyrzuty sumienia, a może sam obawiał się podobnego losu? W każdym razie robił wszystko, aby uchodzić za osobę o czystych rękach, czego przykładem miało być ostentacyjne udzielenie schronienia i pomocy wdowie po zamordowanym cesarzu;

– pierwsze w dziejach nie tylko Haiti, ale całej Ameryki Łacińskiej wybory odbyły się 20 listopada 1806 roku. Obywatele Haiti wybierali wówczas członków Zgromadzenia Konstytucyjnego, które z kolei miało uchwalić nową konstytucję. Każda z parafii miała wybrać jednego przedstawiciela;

– podobno Henri Christophe brzydził się używaniem nazwy „republika” i o ziemiach, którymi władał zwykł mawiać „Państwo Haiti”. Sam nakazał zwracać się do siebie „Jego Wysokość Jaśnie Oświecony i Wielmożny Prezydent” zaś stolicę Cap przemianował na Cap Henri. Wszystko to wiele mówi o osobowości władcy;

– po swojej koronacji król Henryk I postanowił zadbać o splendor dworu. Był w tym bardzo drobiazgowy. Mianował 4 książąt, 7 diuków, 22 hrabiów, 36 baronów, 14 rycerzy. Nakazał też, aby arystokraci wyróżniali się strojem np. książęta nosić mieli długie białe tuniki, a nich czarny płacz haftowany złotem i podbity czerwoną taftą. Do tego nakazano im zakładać białe pończochy, czerwone trzewiki oraz przypinać szpadę o złoconej rękojeści. Na głowę zakładać mieli okrągły kapelusz ze złoceniami, który ozdobiony był pięcioma czarnymi i pięcioma czerwonymi piórami. Niestety, nigdzie nie znalazłem słowa o karach przewidzianych za brak odpowiedniego stroju;

– prezydent José Núñez de Cáceres poprosił Simona Bolivara o przyłączenie wschodniej części Hispanioli do federalnej Wielkiej Kolumbii. Wyzwoliciel Ameryki Łacińskiej nie widział większych szans dla tego projektu, choć powstańców darzył wielką sympatią. Zdawał sobie jednak sprawę, że nie byłby wstanie obronić tej dalekiej prowincji w przypadku ataku ze strony Hiszpanii lub Haiti;