Cz. VII „Rewolucja 24 kwietnia 1965 roku”

Hymn Konstytucjonalistów – kwiecień 1965*.

„Walka żołnierzy dzielnych,
która rozpoczęła rewolucję,
Aby nałożyć zasady szlachetne,
których domaga się konstytucja.

Rozdarł noc pogodną
Dźwięk wolności,
Którego trąbka wzywa na wojnę.

Broniąc ojczyzny niepodległej,
Jak bracia Duarte walczymy,
Co okrzyk Melli ucieleśniając,
Jak Sanschez na męczeństwo pójdziem,
Zwyciężymy jak Luperon.

Nie osłabimy kroku marszu
Na ścieżce chwały i honoru,
I znów zdrajcę zwyciężymy
I podłego najeźdźcę”

W tym roku mija dokładnie 50 lat od burzliwych wydarzeń, które miały miejsce w Republice Dominikany, a które nazywane są dziś przez wielu historyków Rewolucją 24 kwietnia. Niestety, wątpię w to, aby polskie media poświęciły tej rocznicy choć trochę uwagi, ale warto przypomnieć, że w 1965 roku gazety wydawane w naszym kraju pisały na pierwszych stronach o tym co działo się w Santo Domingo.

Wypada jednak zacząć od tego, że sama nazwa „rewolucja”, stosowana do określenia charakteru tego, co stało się wówczas w Dominikanie, może być uznawana za błąd. W części opracowań, które powstały w USA, ale też w Republice Dominikany można spotkać się z nazwą „wojna domowa” lub po prostu „wojna”. Czyżby więc rewolucja tak naprawdę nie była rewolucją? A jeśli tak jak nazwać te wydarzenia?

Był to oczywiście zryw zdeterminowanej ludności, która domagała się zmian, szerokich reform społecznych, gospodarczych oraz politycznych, ale nie zamierzała zmieniać sztandaru narodowego na czerwony. Nie było w tym powstaniu nic z tego, co tak bardzo podobało się światowej lewicy podziwiającej wówczas Fidela Castro. Pomimo usilnych prób propagandy tzw. obozu socjalistycznego, aby z dominikańskiej rewolty zrobić kopię kubańskiej, nie mogło się to udać. Dlaczego? Otóż najlepiej odwołać się do samych Dominikańczyków i zaakceptować to, że buntownicy określili się jako „konstytucjonaliści” i to właśnie oddaje istotę ich buntu.

Kierując swój sprzeciw przeciwko ogromnej korupcji, niesprawiedliwości społecznej, rabunkowej gospodarce oraz nieudolnym rządom wojskowych i kapitalistycznych elit, naród nie żądał stworzenia nowego, socjalistycznego, czy komunistycznego państwa. Domagano się przestrzegania konstytucji i przywrócenia do władzy obalonego prezydenta Juana Boscha.

Juan Bosch nie rządził w kraju długo. Wybrany 30 grudnia 1962 roku w pierwszych demokratycznych wyborach, które odbyły się od czasu śmierci Rafaela Trujillo, miał rozstać się z władzą już 25 września następnego roku. Z początku cieszył się on sympatią prezydenta USA Johna F. Kennedy’ego, co przekładało się na wstrzymanie ataków ze strony dominikańskich posiadaczy ziemskich, przedstawicieli wielkich firm oraz kół wojskowo-policyjnych. Z czasem jednak promowany przez Boscha program reform wzbudził nie tylko sprzeciw, ale nawet jawną wściekłość tych wszystkich, którym zależało na utrzymaniu starego porządku, opartego na zasadach wypracowanych jeszcze w czasach dyktatury Trujillo.

Odziedziczone po epoce dyktatury państwo potrzebowało reform i unowocześnienia. Śmierć dyktatora nie oznaczał przecież automatycznie naprawy systemu politycznego i gospodarczego. Jeśli coś uległo zmianie to tylko w kwestii własności części majątku Trujillo, który przeszedł w ręce jego krewnych lub wpływowych wojskowych. Jeśli państwo miało się unowocześniać to należało wprowadzić reformy, które godziłby w skostniały system. Prezydent Juan Bosch rozumiał to doskonale i liczył się z tym, że nie będzie to proces łatwy. Będąc człowiekiem niezwykle inteligentnym i dobrze wykształconym, miał świadomość tego, że bardziej radykalne zmiany napotkają na zdecydowany opór dotychczasowych uprzywilejowanych grup. Czy jednak było jakieś inne wyjście? Zapewne tak i polegało ono na niewielkich zmianach lub właściwie udawaniu, iż cokolwiek się zmienia. W praktyce oznaczałoby to petryfikację obecnego systemu, w którym prezydent nadal byłby współwłaścicielem kraju dzieląc się (w mniejszym lub większym stopniu) władzą z elita wojskowych i wielkich plantatorów. Właśnie tego Juan Bosch zdecydowanie nie chciał i dlatego ogłosił program, którego celem była całkowita zmiana sytemu.

Głównymi punktami programu Boscha były przestrzeganie praw obywatelskich – czego owocem była konstytucja z 29 kwietnia 1963 roku – oraz przeprowadzenie reformy rolnej. Szczególnie ta druga kwestia zaniepokoiła elitę państwa, której dochody opierały się na własności i eksploatacji ogromnych majątków ziemskich. Jednak prezydent wiedział, że musi działać bardzo ostrożnie i dlatego w pierwszej kolejności postanowił rozdzielić tę ziemię, która należała do państwa. Nie było jej wiele, ale chłopi otrzymali czytelny sygnał, że coś się zmienia na lepsze.

Szybko okazało się jednak, że głód ziemi był ogromny i chłopi oczekiwali dalej idących działań. Niestety, państwowych gruntów nie było wiele, a ziemia, której właścicielem był niegdyś Trujillo przeszła w ręce jego rodziny lub innych wielkich graczy na dominikańskiej scenie polityczno-gospodarczej. Sięgnięcie po nią oznaczało dla Boscha wypowiedzenie otwartej wojny dotychczasowym beneficjentom przestarzałego systemu gospodarczego.
Na politykę prezydenta bardzo negatywnie zareagowali również przedstawiciele wielkich firm pochodzących z USA. Niewątpliwie bali się bardziej poważnych zmian, których skutkiem byłoby zmniejszenie zysków koncernów. W tej sytuacji sympatia prezydenta USA do Boscha ulotniła się bezpowrotnie, a koła wojskowe w Dominikanie otrzymały „zielone światło” do rozpoczęcia działań przeciwko prezydentowi.

Juan Bosch był niewątpliwie człowiekiem odważnym, ale też rozumiejącym, jak bardzo trudna jest sytuacja. Wierzył, że poparcie narodu zapewni mu możliwość dokończenia reform i dlatego zwrócił się z apelem do ludności o obronę demokracji oraz zachodzących w kraju zmian. Posunięcie to pozwoliło prezydentowi zyskać nieco czasu, jednak dziś wiemy już, że nie docenił on determinacji swoich przeciwników, którzy rozpoczęli kampanię kłamstw i propagandowych oszczerstw mającą na celu przedstawienie Boscha,

jako komunisty destabilizującego kraj.
Bosch musiał wkrótce zrozumieć, że stały przed nim dwa wyjścia. Pierwsze polegało na ostrym rozprawieniu się z przeciwnikami politycznymi w mundurach, a drugie na próbie zawarcia kompromisu. Ten intelektualista i prawdziwy zwolennik demokracji nie umiał i nie chciał sięgać po twarde metody sprawowania władzy, które zapewne kojarzyły mu się z tragicznymi czasami znienawidzonej dyktatury. Wybrał więc drugie wyjście usiłując kupić przychylność wojskowych nominacjami i awansami. Oczywiście wobec nieugiętej postawy prezydenta prezentowanej w sprawie reformy rolnej, nie zdało się to na wiele i 25 września 1963 roku doszło do zamachu stanu, który zakończył okres władzy Juana Boscha. Dotychczasowy prezydent został wygnany z kraju, a władzę przejęła wojskowa junta, której przedstawicielami w cywilnych władzach zostali Joseph Donald Reid Cabral, Ramón Tapia Espinal i Manuel Enrique Tavares Espaillat. Ów triumwirat już na wstępie obiecał oczyszczenie kraju z rzekomych komunistów oraz przeprowadzenie wolnych wyborów po okresie dwóch lat.

Wydawać się może, że dwa lata jakie dzieliły wygnanie prezydenta Boscha od wybuchu rewolty w 1965 roku to okres stosunkowo krótki, a co za tym idzie niewystarczający, aby w ciągu niego narosły tak silne napięcia. Pamiętać jednak należy o tym, że już 1963 roku ogromna część intelektualistów, studentów oraz świadomych politycznie Dominikańczyków była już bardzo zdeterminowana w swym poparciu dla reform. W sytuacji kiedy wojskowa junta nie tylko wstrzymała, ale też cofnęła wiele z tego co udało się wprowadzić Boschowi, napięcie społeczne znacząco wzrosło osiągając punkt kulminacyjny w kwietniu 1965 roku.

W polskich publikacjach trudno znaleźć opis wydarzeń rewolucji. Udało mi się dotrzeć do jednej, która dość pobieżnie przedstawia to co się wtedy stało. Niewielka książeczka autorstwa Andrzeja Winiarskiego nosi tytuł „Marines lądują w Santo Domingo” (wydana przez MON w 1970 r.), ale polecam ją każdemu zainteresowanemu tematem. Starałem się zweryfikować informacje podane przez autora na podstawie opracowań zagranicznych i musze przyznać, że autorowi nie może zarzucić, aby mijał się z faktami. Przejdźmy jednak do gorących wydarzeń i zobaczmy jak to wszystko się zaczęło. Otóż w sobotę 24 kwietnia szef sztabu sił zbrojnych miał wręczyć dymisję czterem pułkownikom uznanym za niewystarczająco lojalnych wobec władz. W tym celu udał się do obozu wojskowego „16 Sierpnia”, w którym ku wielkiemu zdziwieniu zastał powitany przez sporą grupę uzbrojonych wojskowych, wśród których znajdował się Francisco Alberto Caamaño Deñó. Koniecznie proszę zapamiętać nazwisko tego pułkownika, bo odegra on jedną z ważniejszych ról w rewolucji. Na razie jednak powróćmy do obozu „16 sierpnia” i zobaczmy co stało się dalej.

Andrzej Winiarski opisuje nagły zwrot wydarzeń, bo oto zaraz po wyjściu z samochodu szefa sztabu poinformowano o tym, że właśnie został aresztowany. Wydarzenie to uznać można za początek buntu, który zapoczątkował kwietniową „rewolucję”. Trzeba jednak koniecznie podkreślić, że oficerowie, którzy postanowili 24 kwietnia przyłączyć się do działań przeciwko swym zwierzchnikom oraz rządowi absolutnie nie chcieli żadnej rewolucji, a już na pewno nie marzył im się komunistyczny przewrót, o który później byli uparcie oskarżani. Ich intencje były tak naprawdę dość oczywiste, a sprowadzały się do żądania powrotu prezydenta Boscha i kontynuowania w kraju zahamowanych reform. Zapewne buntownicy liczyli na poparcie narodu, a w tym sporej części sił zbrojnych, jednak nic nie wskazuje, że przygotowywali się wczesniej do walki zbrojnej w celu zdobycia władzy. Dowodem na to jest choćby fakt, iż po aresztowaniu szefa sztabu żołnierze nawet nie wyszli na ulice. Jedynym sygnałem wysłanym do władz była powtarzana kilkukrotnie transmisja radiowa, w której cywil Pena Gomez, przemawiając w imieniu części sił zbrojnych oraz ludu, wzywał rządzącą juntę do natychmiastowego przywrócenia konstytucji. W swojej odezwie wyjaśnił też przyczyny działania buntowników i zaapelował do narodu o poparcie dla działań wymierzonych w juntę.

Od tego momentu wydarzenia nabrały szybkości. Reakcja rządzących była natychmiastowa – przez most Duarte przedostały się wezwane czołgi, a siły porządkowe zajęły rozgłośnię radiową. Na ulicach nadal nie było zbuntowanych żołnierzy, a jedynie wojska wierne juncie. Za to Santo Domingo zaczynało wrzeć, a ludzie po wysłuchaniu apelu radiowego wychodzić z domów. Pod wieczór wszystko groziło wybuchem – ludność skandowała wolnościowe hasła i zaczynały się starcia z policją. Wojsko rządowe natychmiast wycofało czołgi za rzekę Ozama, ale atmosfera była już gorąca. Wiadomo było, że tłumy zebrały się w dzielnicach Starego i Nowego Miasta oraz podeszły pod radiostację. Tymczasem władze przekazały droga radiową swoje żądanie, aby do godziny 5.00 rano zbuntowani żołnierze poddali się.

Co ciekawe buntownicy przez cały ten czas nie opuścili koszar! Nie wiem czy może być lepszy dowód na to, że nie było planu zorganizowanej rewolty. Dopiero około 2.00 nad ranem z obozu „16 Sierpnia” wyruszyły w kierunku Nowego i Starego Miasta samochody z żołnierzami, bronią oraz amunicją. Buntownicy obsadzili radiostację oraz most Duarte. Ludność cywilna domagała się broni i część żołnierzy poddała się temu żądaniu przekazując zapasy w ręce rozentuzjazmowanych mieszkańców Santo Domingo. Przed godziną 5.00 padły pierwsze strzały w okolicach pałacu prezydenckiego oraz koszar „27 Lutego”, w których część żołnierzy opowiadała się po stronie junty.

Czytając o dalszych wydarzeniach opisanych w książce Andrzeja Winiarskiego odnosimy wrażenie, że wszystko to co wydarzyło się w stolicy Republiki Dominikany miało wybitnie spontaniczny charakter. Oto kiedy minęła 5.00 rano okazało się, że tzw. konstytucjonaliści nie tylko nie złożyli broni, ale też z poparciem ogromnej części społeczności Santo Domingo trwali na zajętych pozycjach. O godzinie 8.00 wystraszony przywódca rządzącej junty Joseph Donald Reid Cabral uciekł z pałacu narodowego pozostawiając dokumenty poświadczające swoją rezygnację. W tej sytuacji w kraju nie było nikogo kto formalnie sprawowałby władzę.

Zwykle w sytuacjach nadzwyczajnych najbardziej aktywni stają się ludzie, którzy przejawiają określone ambicje wzmocnione talentem przywódczym. Podobnie było podczas zdarzeń, które miały miejsce w Dominikanie w kwietniu 1965 roku. Wobec chaosu, jaki zapanował w stolicy na scenę wkroczyli liderzy, którzy stojąc po dwóch stronach barykady, rozpoczęli walkę o wprowadzenie swojej wizji politycznej. Po stronie, którą nazywam umownie „rządową” był to generał sił powietrznych Elias Wessin, który postanowił sięgnąć po władzę wykorzystując wpływy, jakie osiadał w kręgach wojskowych. Po stronie konstytucjonalistów takim przywódcą okazał się niezwykle odważny i charyzmatyczny pułkownik Francisco Alberto Caamaño Deñó, który skupił wokół siebie pozostałych liderów buntu.

Około południa w dniu 25 kwietnia Wessin wydał rozkaz lotnictwu, aby myśliwce ostrzelały buntowników. Reakcją ludności na brutalny atak z powietrza była powszechna wściekłość i chęć odwetu. Cywile zaatakowali posterunki policji, aby zdobyć broń oraz amunicję. Uzbrojone tłumy zapanowały de facto nad całym Starym i Nowym Miastem zmuszając policjantów do wycofania się przez most Duarte na rzece Ozama. W tym samym czasie nie ustawały nagłe ataki z powietrza, a generał Wessin postanawiał wzmocnić obronę mostu czołgami.

Wieczorem w poniedziałek 26 kwietnia ludność ze zdumieniem spostrzega zbliżający się do Santo Domingo okręt USS „Boxer”. Na pokładzie znajdowali się żołnierze amerykańskiej piechoty morskiej oraz helikoptery transportowe. Dzień później marines po raz drugi w historii wylądowali na dominikańskiej ziemi, co rząd USA tłumaczył tym razem koniecznością zapewnienia bezpieczeństwa obywatelom USA. Tym samym na scenę wkroczył kolejny gracz, którym była armia Stanów Zjednoczonych Ameryki.
Generał Wessin zapewne bardzo szybko rozumiał, że pokazując wystarczającą determinację do rozprawy z buntownikami zyska życzliwe poparcie USA. Postanowił więc rzucić wszystko na jedną kartę rozkazując czołgom zdobycie mostu Duarte i uchwycenie przyczółku po drugiej stronie. Jednak Wessin działał też na polu politycznym i w porozumieniu z przedstawicielami innych rodzajów sił zbrojnych ogłosił się przywódcą nowej junty.

Atak na most Duarte nastąpił przy wsparciu lotnictwa, a za czołgami posuwały się oddziały piechoty sformowane z żołnierzy wchodzących dotąd w skład lotnictwa i wiernych Wessinowi. Nie trudno było przewidzieć, że atak takimi siłami powiedzie się. Wkrótce też okazało się, że wojska junty przedarły się przez most i zajęły niewielki przyczółek.
Obroną w imieniu sił konstytucjonalistów dowodził pułkownik Francisco Alberto Caamaño Deñó. Ów niezwykły człowiek skupiał na sobie uwagę wiernych żołnierzy nie tylko dowodząc ze sztabu, ale też walcząc na linii frontu. W krótkim czasie stał się nie tylko dowódcą, ale też symbolem oporu konstytucjonalistów. To Caamaño wydał rozkaz wycofania się oddziałów powstańczych z okolic mostu, co zinterpretowane zostało przez wojska junty jako pierwszy krok do zwycięstwa. W efekcie czołgi i piechota Wessina nie tylko zajęły przyczółek, ale też przyległe ulice, w których rozproszyły się na kilka kolumn. Na ten moment czekał Caamaño.

Zaskoczeni żołnierze junty zostali zaatakowani z każdej strony. Z okien budynków posypały się butelki z benzyną, a konstytucjonaliści otworzyli celny ogień z parteru zabudowań. Piechota zalega w wąskich uliczkach niezdolna do działania. Jedynie czołgi nieczułe na ogień karabinowy zaczęły mozolny odwrót w stronę mostu. Kilku z nich udało się przedrzeć pomimo ataku butelkami z benzyną, granatami oraz nielicznymi pociskami przeciwpancernymi i ostatecznie uciec z pułapki. Jednak to oznaczało koniec ofensywy Wessina i powrót konstytucjonalistów na pozycje – most Duarte znów został przez nich zajęty.

Słabość sił junty przekonała ostatecznie prezydenta USA Lyndona Johnsona o tym, że tylko wojsko amerykańskie może opanować sytuację. Oficjalnym pretekstem do zaangażowania się w zaognioną sytuację była potrzeba ochrony obywateli amerykańskich, którzy rzekomo narażeni byli na niebezpieczeństwo ze strony buntowników. Był to argument niezwykle słaby, gdyż Amerykanie zgromadzeni do tej pory w hotelu „Ambajador” byli najzupełniej bezpieczni, a część z nich została już ewakuowana na okręty marynarki wojennej. Zresztą sam hotel i teren wokół niego zostały zabezpieczone przez marines dysponujących artylerią polową.

Pomimo tego przez cały dzień 29 kwietnia trwał desant oddziałów amerykańskich na przedmieściach Haina i w San Cristobal. W sąsiedztwie San Isidro na lotnisku udostępnionym przez siły wierne Wessinowi lądowały samoloty przywożące amerykańskich żołnierzy oraz sprzęt wojskowy. Amerykanie niezwłocznie przesunęli swoje wojska do Santo Domingo zajmując pozycje w mieście. Równocześnie żołnierze junty wspierani ogniem artylerii prowadzili ataki na pozycje rebeliantów.

W tych okolicznościach pułkownik Caamaño zdecydował się na wzmocnienie pozycji konstytucjonalistów na Starym i Nowym Mieście, a także skoncentrował część oddziałów do silnego uderzenia. Za cel ataku obrana został twierdza Ozama, w której mieściły się koszary znienawidzonej policji oraz magazyny z bronią i amunicją. Było to posunięcie genialne, gdyż nikt nie zakładał, iż buntownicy poważą się na tak zuchwały czyn.
Atakujący nie napotkali silnego oporu. Wśród przebywających w twierdzy policjantów szybko zapanowała panika skutkiem czego zdecydowana większość poddała się, a resztki uciekły na łodziach przez rzekę. Odnotowano nawet kilka przypadków przyłączenia się funkcjonariuszy do sił konstytucjonalistów. Propagandowe znaczenie zdobycia twierdzy było ogromne. Po pierwsze wzmocniło morale sił wiernych Caamaño. Po drugie był to wyraźny sygnał, że lądowanie Amerykanów i wkroczenie ich do miasta, nie wywarły odpowiednio piorunującego wrażenia.

Na forum międzynarodowym sprawa dominikańska stawała się coraz bardziej głośna. Organizacja Państw Amerykańskich zażądała od USA wyjaśnień i wycofania wojsk. W odpowiedzi padły tłumaczenia, iż interwencja nie miała na celu obalanie żadnego rządu ani wspieranie jakichkolwiek sił politycznych. Żołnierze amerykańscy byli w Santo Domingo rzekomo tylko po to, aby chronić obywateli USA oraz pomagać w dystrybucji lekarstw, żywności oraz zapobiegać wybuchowi epidemii. Jednocześnie media w USA alarmowały, że komunistyczne zagrożenie w Dominikanie cały czas istnieje, a buntownicy w imię ideologii dokonują morderstw na żołnierzach, policjantach oraz urzędnikach rządowych.

W dniu 3 maja rozpoczęła obrady Rada bezpieczeństwa ONZ, na której forum padły kolejne zarzuty pod adresem USA i żądania wycofania wojsk. Po kilkugodzinnych obradach posiedzenie zostało jednak przełożone o kilka dni. Nie czekając na wyniki debat w ONZ w dniu 4 maja Kongres Republiki Dominikany wybrał na stanowisko tymczasowego prezydenta republiki pułkownika Francisco Caamaño. Na odpowiedź przeciwników trzeba było poczekać do 7 maja kiedy to rozgłośnia radiowa nadająca z San Isidro powiadomiła Dominikańczyków, że na czele nowej wojskowej junty, w której skład chodził między innymi generał Wessin, stanął wspierany przez USA Antonio Imbert.
Co ciekawe w dniu 10 maja w Santiago powstał też trzeci rząd, na którego czele stanął Rafael Bonello. Był to tylko sprytny zabieg polityczny, bowiem rząd Bonello już po kilku dniach oznajmił, że podporządkowuje się we wszystkim Antonio Imbertowi, ale wezwał też USA do udzielenia skutecznej pomocy w opanowaniu chaosu. Dało to amerykanom formalny pretekst to przekazania siłom Imberta sprzętu oraz amunicji, a także wsparcia wojsk junty doradcami, którzy pomagali w przygotowaniu wielkiej ofensywy na pozycje konstytucjonalistów.

Na początku maja żołnierze wierni prezydentowi Caamaño kontrolowali część Starego i Nowego Miasta w czworoboku o wymiarach czterech na dwa i pół kilometra. W wyniku działań wojsk amerykańskich, które występowały jako część oficjalnej misji Organizacji Państw Amerykańskich, siły Caamaño zostały oddzielone od oddziałów junty. Z różnych krajów przybyć miały kontyngenty wojskowe, aby zasilić misję OPA (250 żołnierzy z Hondurasu, 164 z Nikaragui, 25 policjantów z Kostaryki, 1250 żołnierzy z Brazylii) i dbać zapewnienie pomocy dla ludności cywilne, a także zaprzestanie walk w mieście. Amerykańscy żołnierze nadal jednak stanowili większość w siłach zbrojnych rozmieszczonych na wyspie. W tamtym czasie było ich już ok. 42 tysięcy i zabezpieczali między innymi korytarz łączący główne pozycje konstytucjonalistów z dzielnicami północnymi, w których wojska wierne Caamaño broniły radiostacji i alei Duarte.

Wreszcie stanowisko zajęło również ONZ. Na forum rady Bezpieczeństwa udało się uchwalić rezolucję w spawie interwencji w Dominikanie, a kilka dni później wysłany został do Santo Domingo specjalny wysłannik sekretarza generalnego ONZ. Było już jednak za późno na cokolwiek. W dniu 13 maja przeprowadzono potężny atak lotnictwa na pozycje konstytucjonalistów, co było sygnałem do rozpoczęcia wielkiej ofensywy na dzielnice północne.

Po zaciętych walkach w ręce wojsk junty wpadła radiostacja i Pałac Narodowy. Na zdobytych terenach żołnierze junty natychmiast wprowadzili terror. Wśród cywilnej ludności rozpoczęły się aresztowania, co wkrótce doprowadziło do przepełnienia więzień. Wielu aresztowanych zostało rozstrzelanych na miejscu. Trudno było też udzielać pomocy rannym, bo szpitale były przepełnione, a zapasy leków na wyczerpaniu. W dniu 20 maja nastąpiło jednak zawieszenie broni, co pozwoliło ludności cywilnej na chwilę wytchnienia.
Zawieszenie broni natychmiast zostało wykorzystane przez wojska junty do działania przeciwko konstytucjonalistom. Odcięte zostały wszelkie drogi, którymi przewożone były dotychczas leki oraz żywność. Junta postanawia zmusić buntowników do uległości głodząc ich i wstrzymując pomoc dla rannych. Jednak Caamaño pozostał nieugięty żądając przestrzegania konstytucji oraz przeprowadzenia jak najszybciej wolnych wyborów. Postulatem konstytucjonalistów było również wycofanie się USA z wyspy. Nastąpił impas, który trwał aż do września.

Z początkiem września ku ogólnemu zaskoczeniu ogłoszono dymisję rządu Imberta. W dniu 3 września prezydent Caamaño wygłosił przemówienie do narodu, w którym oznajmił, że powołany zostanie rząd tymczasowy, który przystąpi do rokowań z Amerykanami w sprawie opuszczenia wyspy. Tym samym pułkownik Francisco Alberto Caamaño Deñó złożył urząd prezydenta, który sprawował bardzo krótko, bo tylko od 4 maja 1965 roku. Kolejnym zapowiedzianym zdaniem rządu miało być przywrócenie w kraju spokoju i ładu oraz zreformowanie gospodarki. Obiecna została także amnestia dla więźniów politycznych oraz przeprowadzenie wyborów powszechnych, które wyłonić miały nowego prezydenta.

Tego samego dnia w Pałacu Narodowym odbyło się przejęcie władzy przez Hectora Garcię Godoya, który w rządzie Boscha był ministrem spraw zagranicznych. W ten sposób zakończył się okres walki zbrojnej konstytucjonalistów, a rozpoczął się nowy etap w historii Republiki Dominikany. W dniu 9 września wyspę opuścił generał Elias Wessin, który otrzymał stanowisko konsula w Miami. Do Dominikany przybył były prezydent Juan Bosch, który zapowiedział ubieganie się w najbliższych wyborach o ponowny wybór. Jego przeciwnikiem miał być wspierany przez Amerykanów Joaquin Balaguer.
W tym miejscu ci, którzy czytali część IV naszego cyklu zapewne przypomnieli sobie osobę Joaquina Balaguera, który to niegdyś był oddanym i wiernym współpracownikiem samego Trujillo, a po śmierci dyktatora kierował państwem aż pierwszych wolnych wyborów. Każdy kto czytał „Święto kozła” wie, że autor przedstawił Balaguera, jako jednego z tych klakierów dyktatora, którym spryt oraz inteligencja pomogły w zaadoptowaniu się do nowych warunków, jakie nastały po zamachu na Trujillo. Jednak pozwolę sobie przytoczyć opis, który zamieścił dominikański autor Junot Díaz w swojej książce zatytułowanej „Krótki i niezwykły żywot Oscara Wao”. Dodam tylko, że właśnie ta publikacja okrzyknięta została książką roku 2007 i właśnie za nią autor otrzymał nagrodę Pulitzera w 2008 roku. Przejdźmy jednak do tego co napisał Junot Díaz o Joaquinie:
„Dawniej mówiono: Gdy wymawiamy coś po raz pierwszy, przywołany zostaje demon, kiedy więc Dominikańczycy w dwudziestym wieku po raz pierwszy wypowiedzieli en masse słowo „wolność”, demon, którego przywołali, nazywał się Balaguer (zwany również Wyborczym Złodziejem – patrz wybory w RD w 1966 – i Homunkulusem). W okresie Trujillo Balaguer był tylko jednym z bardziej skutecznych Upiorów Pierścienia. Podkreśla się jego inteligencję (niewątpliwie imponował Niewydarzonemu Krowokradowi) i ascetyzm […]. Po śmierci Trujilla kontynuował Projekt Domo i rządził krajem w latach 1960-1962, 1966-1978 i znów w latach 1986-1996 […]. Podczas drugiego okresu jego władzy w Dominikanie, zwanego Dwunastoma Latami, wywołał falę przemocy przeciwko dominikańskim lewicowcom, setki posłał przed pluton egzekucyjny, a tysiące wygnał z kraju. To właśnie on nadzorował/zapoczątkował coś, co nazywamy Diasporą. Uważany za narodowego „geniusza” Joaquin Balaguer był rasistą, apologetą ludobójstwa, wyborczym oszustem oraz zabójcą ludzi piszących lepiej od niego – wszyscy wiedzą, że stał za śmiercią dziennikarza Orlando Martineza. Później, kiedy pisał wspomnienia, utrzymywał, że wie, kto dokonał tego ohydnego mordu (oczywiście nie on) i zostawił w tekście pusta stronę, pagina en blanco, żeby po jego śmierci zapisano na niej prawdę. (Czy bezkarność jest właściwym słowem?) Balaguer zmarł w 202 roku. Ta pagina jest wciąż blanca. Pojawił się jako sympatyczna postać w Święcie Kozła Vargasa llosy”. [„Krótki i niezwykły żywot Oskara Wao” Kraków 2009, str.86-87]

Cóż można dodać po tak dosadnym i pełnym smutnej złośliwości opisie? W ramach zakończenia tej historii trzeba koniecznie napisać, że w 1966 roku w wyniku wyborów prezydentem republiki Dominikany został tak „pięknie” opisany Joaquin Balaguer. Objął on urząd w dniu 1 lipca 1966 roku i rządził krajem aż do 1978 roku. Na Balaguera oddało swój głos 754 409 wyborców, zaś na Boscha 517 784.

Warto zadać sobie pytanie dlaczego naród nie wybrał na prezydenta Juana Boscha? Aby odpowiedzieć trzeba pamiętać, że od wybuchu kwietniowej rewolucji propaganda przedstawiała Boscha i jego zwolenników, jako zdegenerowanych komunistów, którzy zdestabilizowali kraj i wywołali wojnę domową. O ile w samej stolicy burzliwe wydarzenia i udział w nich mieszkańców powodowały zwiększenie świadomości politycznej ludności, o tyle prowincja spacyfikowana była przez siły policyjne i wojskowej wierne juntom. W głębi kraju swobodnie rozprzestrzeniała się kłamliwa propaganda, której głównym zadaniem było przekonanie Dominikańczyków o tym, że stronnicy Boscha chcą powtórki kubańskiej rewolty. Nie można też zapominać, że o ile w stoli kraju rewolucję wsparli intelektualiści, studenci, przedstawiciele wolnych zawodów, to na rolniczej prowincji brakowało ludzi mogących wytłumaczyć niepiśmiennym chłopom, jak wygląda sytuacja. Lud bał się wojny, bezbożnego komunizmu, a także miał za małą wiedzę, aby zrozumieć co właściwie zaszło w tak krótkim czasie.

Zapewne też wielu mieszkańców Dominikany zagłosowało na Balaguera bojąc się, iż wybór Boscha spowoduje wybuch kolejnego konfliktu z wojskiem, w którym wciąż silny był opór przeciwko byłemu prezydentowi. Takie obawy podsycano w ludności tłumacząc, że jedynie Balaguer daje gwarancje na to, że walki ostatecznie się zakończą, a politycy skupią się na poprawie działania gospodarki. Zresztą na wyobraźnię wyborców działały szumne obietnice USA odnośnie udzielenia pożyczek na rozwój przemysłu i unowocześnienie rolnictwa.
Niewątpliwie zdobyczą kwietniowego zrywu było podniesienie świadomości politycznej mieszkańców wyspy i przyjęcie do wiadomości przez dotychczas uprzywilejowane grupy społeczne, iż konieczne są ustępstwa. Wiadomym stało się, że polityka nacisku i represji musi się zakończyć wybuchem, a naród nie zniesie większych ciężarów. Był to wyraźny sygnał zarówno dla USA, ale też dla wielu rządów w Ameryce Południowej, że czasy dyktatury w krajach latynoamerykańskich kończą się bezpowrotnie. Oczywiście był to dopiero początek procesu, którego poszczególne etapy można było obserwować aż do czasów nam współczesnych. A co stało się z pułkownikiem Caamaño?
W dniu 19 grudnia, w Santo Domingo doszło do nieudanego zamachu na życie pułkownika Caamaño. Być może to właśnie zdarzenie przekonało go, że jednak powinien wycofać się, choć na jakiś czas, z czynnego życia politycznego Dominikany. W dniu 22 stycznia 1966 roku wraz z najbliższą rodziną odleciał do Londynu, aby objąć stanowisko attaché ambasady dominikańskiej. W 1973 roku powrócił na wyspę, aby po kilku tygodniach zginąć z rąk żołnierzy prezydenta Balaguera, ale o tym opowiem w innym odcinku naszego cyklu.

*Pragnę bardzo gorąco podziękować Pani Monice Wankowskiej, która przetłumaczyła na moja prośbę „Hymn konstytucjonalistów” specjalnie na potrzeby naszego cyklu. Dodam, że wedle mojej wiedzy jest to pierwsza w Polsce publikacja tłumaczenia tego utworu.
Dziękuję również Panu Pawłowi Grudzińskiemu za ogromną pomoc w kwestii militarnych działań prowadzonych w kwietniu 1965 roku oraz analizę zdjęć, które znaleźliśmy w Internecie.

Andrzej Młynarczyk

Popiersie Caamano

Popiersie pułkownika

Francisco Alberto Caamaño Deñó

w Santo Domingo – ze zbiorów autora

 

 

A na zakończenie kilka ciekawostek związanych z rewolucją 24 kwietnia 1965:
– obecnie, z okazji rocznicy rewolucji, media dominikańskie donoszą o projekcie uhonorowania prezydenta Francisco Alberto Caamaño Deñó poprzez umieszczenie jego ciała w świętym dla obywateli kraju miejscu, czyli Panteón Nacional w Santo Domingo;
– w 1948 roku przybył do Republiki Dominikany węgierski inżynier Pál Dedai Király, który uciekał z Europy przed komunizmem. Zaprojektował on nowej ojczyźnie karabin oparty na swoim poprzednim pomyśle „Danuvia 43 M”. Nowa broń nazwana była różnie: „San Cristóbal” lub po prostu karabinem „Cristóbal”. Karabin ten produkowany był w „Armería San Cristóbal” do 1966 roku. Zasłynął, jako broń używana podczas rewolucji na Kubie oraz podczas rewolucji konstytucjonalistów w Santo Domingo w 1965 roku. Dla Dominikańczyków jest swego rodzaju ikoną tamtych dni – obraz powstańca uzbrojonego w ten karabin jest symbolem ludu, który postanowił walczyć o swoją konstytucję;

– polecam bardzo ciekawe zdjęcia rewolucji:
https://lavendatransparente.wordpress.com/2009/07/08/abril-de-1965-algunas-fotos-de-una-revolucion-sin-ejemplo/

http://www.redom.com/abrilPhoto.htm

– zapraszam również do zapoznania się ze stroną internetową „Fundación de Militares Constitucionalistas del 24 de Abril del 1965”, czyli weteranów konstytucjonalistów: http://www.fundaciondemilitaresconstitucionalistasde1965.org/site/index.php