Cz. I „Trudne początki poznawania współczesnej Dominikany i zaskakujące podobieństwa”

Andrzej Młynarczyk

Zapewne wielu odwiedzających stronę Fundacji „Moja Dominikana” zastanawia się dlaczego ktoś chce pomagać mieszkańcom tej wyspy? Sam spotkałem się z takim pytaniem, bo przecież, jak twierdzili moi rozmówcy „tam jest raj na ziemi, więc Dominikańczykom niczego nie potrzeba”. Tego typu „argumenty” wskazują na to, że problemy Republiki Dominikany, los jej mieszkańców oraz dzieje najnowsze są nam – Polakom – praktycznie nieznane. O ile statystyczny Kowalski zetknął się poprzez media z tym co dzieje się choćby w Afryce, czy w Azji, to rejon morza Karaibskiego kojarzyć mu się będzie raczej z filmową sagą o piratach niż realnymi wydarzeniami.

Czy warto to zmienić? Czy warto zainteresować się tym, co dzieje się w Republice Dominikany i jak żyją tam zwykli ludzie, a wreszcie – jaka jest ich historia? Moim zdaniem warto, gdyż uważam, że są to zagadnienia bardzo ciekawe. Na samym początku naszej przygody z poznawaniem Republiki Dominikany zapraszam Państwa nie do podręcznikowego wykładu o odkryciu wyspy (przyjdzie i na to czas), ale do odpowiedzenia sobie na pytania jacy są współcześni Dominikańczycy i skąd w ogóle pomysł, aby im w czymś pomagać? Aby odpowiedzieć na te pytania sięgnąć musimy do tego co już wiemy z polskich mediów. A wiemy tyle, że w ostatnim czasie prasa żyła skandalem z udziałem polskich duchownych tworząc szybko i niestety bardzo sprawnie, zbitek pojęciowy, w którym hasła „Dominikana”, „seks”, „skandal”, „polski ksiądz” wymieszane, uklepane i wytrwale powtarzane wryły się w świadomość wielu Polaków. Jakby tego było mało do księgarni trafia właśnie książka, której autorem jest Mirosław Wlekły, a której znamienny tytuł to „All inclusive. Raj, w którym seks jest bogiem”.

Pojawienie się takich medialnych tematów, czy książek nie jest samo w sobie czymś złym, bo przecież nie chodzi o to, aby tuszować prawdę, chować ją pod dywan, czy udawać, że problemów nie ma. Jednak smutne jest to, że realia Dominikany pokazywane są tak jednostronnie, bo przecież my, jako odbiorcy mamy bardzo skromy wybór. Zadajcie sobie Państwo trud i sprawdźcie w największych internetowych księgarniach, jakie książki znajdziecie w bieżącej ofercie? Oczywiście mówię tu o książkach dotyczących Dominikany, ale takich, które nie są przewodnikami po „rajskiej wyspie”. Spróbowałem i w żadnej księgarni nie udało mi się kupić książek takich jak „Święto kozła” (Mario Vargas Llosa), „Czas motyli” (Julia Alvarez), „krótki i niezwykły żywot Oscara Wao” (Junot Diaz). Dobrze, że na portalach aukcyjnych można je jeszcze nabyć – co szczerze i serdecznie Państwu polecam!

Jacy więc są ci współcześni Dominikańczycy? Czy obraz malowany w mediach jest prawdziwy? Czy „rajska wyspa” jest rajem dla nich, czy tylko dla turystów? Czy jest tak źle, czy skandal goni skandal, a za pieniądze można kupić wszystko? Otóż, opowiem Państwu co ja o tym wszystkim myślę i chętnie podejmę dyskusję, bo przecież każdy może się mylić, a ścieranie się argumentów może tylko wzbogacić. Zacznę od banału – nie da się zrozumieć Republiki Dominikany bez poznania jej historii. Nie da się bez sięgnięcia wstecz i przeanalizowania drogi, którą pokonał kraj oraz naród. Wreszcie też nie można ocenić niczego co dziś widzimy i o czym czytamy w mediach nie znając dziejów wyspy.

Dewizą Republiki Dominikany jest „Bóg, Ojczyzna, Wolność”, co pokazuje nam już na wstępie jakie wartości kształtują ten młody naród. Ogromna religijność Dominikańczyków i ich oddanie dla katolicyzmu współgrają z wielką, patriotyczną miłością do ojczyzny oraz bardzo wysoko cenią wolnością. Przypomina nam to coś? Zapewniam, że podobieństw do naszego kraju jest więcej, ale odnajdywanie ich czasem wcale nie jest takie łatwe. Kiedy znajomy, który nie miał żadnej wiedzy na temat Republiki Dominikany zapytał mnie do czego porównałbym sytuację społeczną Dominikańczyków, to ja bez wahania odparłem, że do tego jak przed II wojną światową żyli i widzieli świat nasi górale.

Śmieszne? Pewnie na początku tak, ale zastanówcie się Państwo, jak żyli polscy górale w latach 1918-1939? Chętnie opowiem, bo nie tylko czytałem, ale też wiem to z opowieści rodzinnych. Otóż, pierwsze słowo które przychodzi na myśl to „bieda” utrwalone zresztą w postaci nazwiska popularnego na Podhalu. Zacofanie gospodarcze, brak wykształcenia, pracy pozwalającej wyrwać się ze wspomnianej nędzy. A jednocześnie wspaniały, niespotykany w innych rejonach kraju rozwój turystyki, powstające szybko hoteliki i ośrodki sportowe, fascynacja przyjezdnych góralszczyzną, muzyką, tańcem, specyficznym językiem, ogromną religijnością, a nawet sposobem zabawy. Czy nadal porównanie jest śmieszne? Myślę, że już nie.

Poszukajmy w nieprzebranych zasobach Internetu obrazu góralskiej chaty z początków XX wieku, zobaczmy co możemy znaleźć odnośnie tego, jak wyglądała i żyła tamta wieś. I zastanówmy się nad fenomenem tego, że przecież do ówczesnego Krakowa z jego kamienicami, wielowiekowym uniwersytetem i królewskimi zabytkami nie jest przecież z tej góralskiej wsi aż tak daleko. Zróbmy teraz kolejny eksperyment i poszukajmy obrazów przedstawiających rybaków, czy rolników pracujących we współczesnej Republice Dominikany. Dla ułatwienia nie oddalajmy się od zbytnio od pięknego, nowoczesnego Santo Domingo z jego wieżowcami, uczelniami i starówką, po której każdego dnia drepcze tysiące turystów. Jeśli spróbowaliście Państwo poświęcić chwilę na ten internetowy eksperyment to wiecie już co chcę powiedzieć.

Nasi polscy górale potrzebowali kilku dekad oraz ogromnych zamian politycznych, społecznych, a także gospodarczych, aby przestać być tylko elementem krajobrazu oglądanego przez turystę, dodatkiem folklorystycznych, któremu płaci się za popisy oraz pozowanie do zdjęć. I tak na przykład analfabetyzm w powiecie limanowskim zlikwidowano dopiero w 1951 roku, a droga ku temu nie była łatwa, bo jeszcze ok. 1900 roku w tymże powiecie pisać i czytać potrafiło jedynie 15% mężczyzn i 5% kobiet. A kiedy synowie i córki górali poszli na studia? Kiedy zaczęli w większej liczbie przełamywać bariery społeczne wyrywając się z klasy chłopskiej do zamkniętej niegdyś dla nich „inteligencji”? Na to trzeba było poczekać kolejne dekady i pogodzić się z tym, ze był to proces stopniowy.

Dziś przeciętny turysta widzi w Republice Dominikany uśmiechniętych ludzi sprzedających mu pamiątki, pozujących do zdjęć, obsługujących na plaży i w hotelu. Widzi ludzi pracowitych, starających się zarobić na życie tak jak potrafią, a jednocześnie ludzi dumnych i kochających swój kraj. Wielu turystom imponuje zaradność, którą obserwują kiedy kupują napój, czy pamiątkę sprzedawaną ze skręconego w „cudowny sposób” wózka na dwóch kółkach (z których każde jest różne). Za to pewnie niewielu przyjezdnych zastanawia się jak wygląda codzienne życie tamtejszych dzieci? Czy chodzą do szkoły? A jeśli chodzą to czego mają szanse się tam nauczyć?

Jest więc świat turystyki, czyli silnej gałęzi gospodarki i potężnych pieniędzy. Jest stojący w jego cieniu świat ponurych interesów, handlu ludźmi i narkotykami. Są tez problemy wynikające z przeszłości, ze zbyt późno wdrażanych reform, czy kolonialnych, niedobrych tradycji. Ale jest też świat ludzi, którzy chcą zmieniać swój los i przyszłość kraju. Jest wielka pracowitość i determinacja, która pcha Dominikańczyków do wyjazdu do USA lub Europy w poszukiwaniu pracy. Jest też chęć przerwania niewidzialnych więzów, które narzuca bezlitosny kapitalizm. I jest duma z tego co już osiągnięto – z przezwyciężenia dyktatury, z poluzowania „bratniego” uścisku USA, z trudnych, powolnych, ale jednak reform, a nawet takiego trochę egoistycznego poczucia, że jednak tu jest lepiej niż w Haiti.

Jak widać ta „rajskość” wyspy jest tylko jednym z elementów tego lepszego, turystycznego świata. Nie jest całością obrazu, a jedynie jego fragmentem. Podobnie jak fragmentem jest handel ludźmi, czy seksem. Kiedy sobie to uświadomimy i zobaczymy choć odrobinę codziennego życia zwykłych, podobnych do nas ludzi, to zaczynamy rozumieć czemu chcemy im pomagać. Wynika to przecież z tego, że poznając ten kraj i jego mieszkańców pragniemy, aby tych ciemnych, mrocznych fragmentów było w całym obrazie Dominikany coraz mniej. I dlatego zaczynamy się zastanawiać ile lat upłynie zanim ten obraz, który widzimy teraz zacznie się zmieniać? Ile czasu musi minąć, aby edukacja Dominikańczyków podniosła się na tyle by studia stały się powszechnie dostępne? Zaczynamy zadawać pytania o przyszłość, a to już oznacza, że myślimy optymistycznie i chcemy coś razem zmienić. Zmienić dzięki wspólnemu działaniu, do którego wszystkich Państwa zapraszam.