XII pt. „Saint-Domingue, początki francuskiej kolonizacji”

Andrzej Młynarczyk

Kłopoty z nazwą.
Od razu muszę wyjaśnić sprawę bardzo ważną, bo związaną z nazewnictwem. Przyznam się, że rozpoczynając ten rozdział dałem mu pierwotnie tytuł „Haiti, początki francuskiej kolonizacji”. Dopiero po chwili uświadomiłem sobie, że pisząc w tytule słowo „Haiti” popełniłem pewne nadużycie, bo w czasach, które dziś będziemy śledzić powszechną nazwą francuskiej kolonii było Saint-Domingue. Jak pamiętamy, indiańska nazwa Haiti nie była w zasadzie używana przez kolonistów hiszpańskich, którzy w odniesieniu do całej wyspy stosowali piękną nazwę Hispaniola. Jednakże patrząc z dzisiejszej perspektywy, czyli czasów, w których wyspa podzielona jest między dwie republiki – Haiti i Dominikanę – stosować będę niejednokrotnie nazwę Haiti w odniesieniu do dawnych czasów kolonialnych – oczywiście pisząc o terenach dzisiejszej republiki o tej nazwie. Ma to służyć tylko i jedynie temu, aby tekst był bardziej przejrzysty oraz (nie będę ukrywał) by nie powtarzać nazbyt często nazwy Saint-Domingue.

Skoro wyjaśniłem już pierwszy problem to od razu przejdę do drugiego i niewątpliwie ważniejszego. Szukając w polskich materiałach informacji o historii Haiti od razu natrafiamy na poważne trudności. Ujmując sprawę delikatnie, możemy powiedzieć, że nasi badacze i historycy niezbyt interesowali się dziejami tego kraju. Poznawanie dziejów Haiti to nie lada wyzwanie, a każdy zainteresowany musi cierpliwie wczytywać się w dziesiątki książek oraz artykułów i składać ze sporym wysiłkiem kolejne puzzle informacji. Dlatego wybaczcie mi, proszę, jeśli coś w niniejszym rozdziale pominę lub potraktuję po macoszemu. Mogę z całą pewnością obiecać, że do wszystkich tematów, które zaraz poruszę, powrócę jeszcze nie jeden raz i wtedy uzupełnię to czego tu dziś zabraknie.

W dzisiejszym odcinku chciałbym przenieść nas do czasów, w których rodziło się i wzmacniało Saint-Domingue, a więc od 1697 roku aż do wybuchu Rewolucji Francuskiej w 1789 roku. Opowiem trochę o tych trudnych czasach oraz zachodzących wówczas procesach. Wiem, że pewnie są i tacy Czytelnicy, którzy wiedzą dużo o współczesności Haiti, ale proszę, aby spróbowali na chwilę o tym zapomnieć. Nie da się przecież zrozumieć dziejów Hispanioli bez zrozumienia dziejów Haiti, a chyba najbardziej może nam w tym przeszkadzać patrzenie przez pryzmat współczesnych wydarzeń na wyspie. Zostawmy je więc na chwilę i zanurzmy się całkowicie w przeszłości.

Dwa państwa.
Z poprzednich opowieści wiemy już, że osłabiona Hiszpania musiała się pogodzić z tym, że na Hispanioli powstała kolonia francuska. Jak już powiedzieliśmy traktat podpisany w 1697 roku Ryswick powodował uznanie przez Hiszpanię praw Francji do zachodniej części wyspy. Po traktacie zaniknęły więc wszelkie przeszkody do swobodnej kolonizacji przejętych terenów. Zresztą w 1777 roku doszło do podpisania pomiędzy Francją i Hiszpanią traktatu w Araniuez, a po nim ostatecznie ustalono granicę na wyspie. Osadnicy mieli jasno wytyczone terytorium, które prawnie było kolonią francuską i tak też zaczęło funkcjonować. Od tej pory widzimy na wyspie dwa państwa o wytyczonej granicy, a do tego różniące się znacząco – podobnie, jak miało to miejsce na starym kontynencie.

Co ciekawe osadnicy nowej kolonii, którzy przybywali na wyspę nie pochodzili tylko i wyłącznie z Francji, ale często byli potomkami tych Francuzów, którzy już dawno osiedli w Nowym Świecie. Dodajmy do tego hiszpańskojęzyczną ludność, która już zamieszkiwała Hispaniolę, a która – chcąc, czy nie chcąc – znalazła się na terytorium kontrolowanym przez nowych panów. Wielu z tych niedawnych poddanych hiszpańskiej korony nie zamierzało porzucać uprawianej ziemi i przenosić się na wschód wyspy. Jakby tego było mało, wraz z nowymi osadnikami przybywało do francuskiej kolonii coraz więcej niewolników z Afryki. Trudno się zatem dziwić, że kolonia od samego początku miała pewne problemy językowe. Z czasem utrwalił istniejący do dziś podział na ludność biegle posługującą się językiem francuskim oraz tę, która porozumiewała się w antylsko-francuskim, czyli kreolskim. Już tu widzimy różnicę między osadnikami, którzy od początku przybywali na Hispaniolę z Hiszpanii przynosząc kulturę, język oraz zwyczaje mocno ujednolicone.

Nie tylko język stanowił pewien problem nowej francuskiej kolonii. Na początku trwały spory o to, jaki charakter ma mieć samo osadnictwo. Nie bardzo wiedzieli nowi panowie, co też uczynić z tym kawałkiem wyspy, czyli jak gospodarować ziemią i czy tworzyć miasta, twierdze itp. Ale wszystko rozwiązało się niejako samo, a to pod wpływem bardzo dynamicznie zwiększającej się liczby kolonistów. Na francuską część Hispanioli, czyli Saint-Domingue przybywać zaczęli nowi mieszkańcy ze starego kontynentu, a także zwiększała się liczba czarnych niewolników przywożonych z Afryki. Wszystko to dlatego, że mieszkańcy bardzo szybko odkryli, jak duże dochody przynosić może rolnictwo. I tak na Saint-Domingue rozprzestrzeniać się zaczęły plantacje trzciny cukrowej, kakao, kawy, indygo i bawełny.

Francuzi kolonizują.
Patrząc na mapę Haiti łatwo się domyślić, że osadnictwo najpierw postępowało z wybrzeża północnego na południe. Koloniści trzymali się nizin oraz brzegów wyspy, karczując lasy i przygotowując kolejne tereny pod uprawę. Jednak już w początku XVIII wieku wzrok mieszkańców padł na tereny wyżynne i górzyste. Wtedy też można już mówić o dominacji trzciny cukrowej w całej gospodarce kolonii. Ale osadnikom było mało i mało! Rozpoczyna się proces osiedlania w górzystych częściach Saint-Domingue, a także żmudny proces melioracji gruntów. Gdybyśmy przenieśli się na zachodnią część Hispanioli w drugiej połowie XVIII wieku, to naszym oczom ukazałyby się przede wszystkim wielkie plantacje, wspaniałe majątki ziemskie będące w rękach białych panów.

Zapewne też od razu zobaczylibyśmy dziesiątki, setki czarnych niewolników pracujących w pocie czoła na polach, a także w niewielkich przetwórniach płodów rolnych. Zaskoczyłaby nas wielkość, szczególnie tych „cukrowych” majątków, bo średnio takie latyfundium zajmowało aż 150 hektarów! Oczywiście mówimy tu o majątku ziemskim, na który składała się plantacja trzciny, ale też budynki gospodarcze, w tym najważniejszy, czyli młyn cukrowy. Porównując to do naszych, polskich warunków można powiedzieć, że na każdy majątek składał się swego rodzaju dwór i pobliska wieś. W bardzo podobny sposób gospodarowali nasi polscy panowie, którzy budowali majątek w sposób maksymalnie kompleksowy i samowystarczalny.

Warto sobie to wyobrazić, aby uzmysłowić podział w grupie niewolników obsługujących majątek. I tak najwyżej w tej piramidzie stali ci, którzy służbę pełnili w domu-dworze. Przy nim mieszkali i jadali, a co za tym idzie byli bardziej schludnie ubrani oraz posiadali większe obycie w świecie swoich panów. Następnie mamy wykwalifikowaną obsługę ośrodka przemysłowego plantacji np. młyna cukrowego, a także samej cukrowni, czyli kierowników lub nadzorców prowadzonych tam prac. Do tej grupy zaliczali się również niewolnicy pracujący w ogrodach warzywnych, gorzelniach, kuźniach, wszelkiego rodzaju drobnych warsztatach, jakie potrzebne były w majątku. Na samym dole piramidy odnajdujemy tych, którzy pracowali bezpośrednio na plantacji oraz w młynie cukrowym, czy gorzelniach, ale nie posiadali żadnej wykwalifikowanej umiejętności, a jedyne czym dysponowali to siła swoich mięśni oraz wytrzymałość na pracę w bardzo trudnych warunkach. Ci niewolnicy zamieszkiwali ubogie baraki lub lepianki. Jeśli mieli więcej szczęścia np. ze względu na swoją przydatność w majątku, mogli posiadać osobne chatki. Ich żony i dzieci również były uprzywilejowane, co przejawiało się w tym, że nie zmuszano ich do pracy na plantacji, a w zamian za to wykonywali drobne obowiązki w majątku.

Skoro prześledziliśmy drabinę społeczną w ramach ludności niewolniczej, to koniecznie musimy zapytać, a jak to było z białymi? Co ciekawe wielu właścicieli plantacji mieszkało na stałe… we Francji. W związku z tym w imieniu właściciela zarządzali majątkiem przedstawiciele wywodzący się z drobnych rodów szlacheckich. Z reguły pana majątku zastępowało aż dwóch niżej urodzonych, którzy opłacani byli za swoje usługi. Pierwszy, zwany „procureur” nieco wyżej stojący w hierarchii nie zamieszkiwał w majątku, ale w pobliskim dużym ośrodku miejskim, najlepiej portowym. Do jego zadań należało dokonywanie bieżących zakupów na potrzeby plantacji oraz jednoczesna sprzedaż płodów rolnych i nadzór nad ekspediowaniem ich do Europy. Jak widać jego zadania były zdecydowanie kupieckie, czy też jak powiedzielibyśmy dzisiaj handlowo-zaopatrzeniowe. Dla odróżnienia drugi zastępca wypełniał zadania administratora w samym majątku. Musiał doglądać plantacji, czuwać nad przebiegiem prac w polu i wydajnością niewolników. Ów drugi zastępca zwany był „gérant” i otrzymywał on zapłatę w gotówce, zwykle w postaci stałej pensji. Nieco inaczej było w przypadku wynagrodzenia, które odbierał „procureur”, bo tu działała motywacyjna zasada procentu od dochodu z handlu. Jak widać „procureur”, aby zarobić musiał trzymać się prostej zasady kupowania tanio, a sprzedawania drogo, co wcale nie było łatwe w praktyce.

Pozostali biali osadnicy zajmowali się handlem i rzemiosłem w osadach oraz majątkach ziemskich. Z nich też rekrutowali się wszelkiej maści nadzorcy, których zatrudnienie konieczne było w latyfundiach i przemyśle. Szukali oni dla siebie zarobku wykonując drobne prace lub jeżdżąc od majątku do majątku w celu przewiezienia towarów lub oferowania usług. Nie oznacza to, że byli to ludzie majętni. Wielu białych w kolonii żyło kiepsko i nawet bardzo kiepsko. Często od niewolników różniło ich jedynie to, iż nie mieli zakazu swobodnego poruszania się.

Wielkie majątki ziemskie – plantacje.
Wróćmy jeszcze na chwilę do kwestii latyfundiów. Wielu z nas trudno jest wyobrazić sobie wielkie majątki, które liczyły sobie 150 hektarów, a pamiętajmy, że mówimy tu o pewnej średniej, bo zdarzały się przecież i takie, które zajmowały 300 hektarów! Czemu o tym piszę? Otóż, pomoże nam to zrozumieć czemu tak wielu czarnych niewolników było potrzebnych do pracy na plantacjach. Jak widać przy tak ogromnych latyfundiach ciągle brakowało rąk do pracy i nieustannie trzeba było dbać o wysoka wydajność tych, którzy pracowali. A przecież nie wszyscy nadawali się do ciężkiej harówki w polu – dzieci, starcy musieli znaleźć inne zajęcie. Wielu niewolników zajmowało się też zajęciami w domach białych kolonistów. Ilu w takim razie potrzeba było zniewolonych robotników, aby obsłużyć plantację trzciny cukrowej? Wedle wyliczeń historyków było to minimum 100-120 osób, ale oczywiście w wielu majątkach zatrudniano około 200, a nawet 300 osób. W takim razie pozostaje ostatnie pytanie, które pozwoli nam uzmysłowić sobie do końca skalę zjawiska. Otóż pytanie to brzmi ile było plantacji w całej kolonii? Odpowiedź przynoszą nam dane opublikowane po raz pierwszy w 1797 roku w Paryżu. Łącznie cała kolonia posiadała około 1790 roku: 793 plantacje trzciny cukrowej, 3117 plantacji kawy, 798 plantacji bawełny oraz 3150 plantacji indygo. Konia z rzędem temu, na kim te liczby nie robią wrażenia, a jeśli by się taki znalazł niech uświadomi sobie, że oprócz tych eksportowych upraw istniały także ogromne obszary, na których hodowano rośliny oraz wypasano bydło mające zaspokajać bieżące i wcale nie małe potrzeby żywieniowe mieszkańców kolonii.

Wedle tych samych danych w 1789 roku ludność całej kolonii liczono na 530 000 osób, a w tym aż 462 000 niewolników. Jako ciekawostkę warto przytoczyć fakt, że białych było jedynie 40 000 osób. Tym, którzy od 530 000 odjęli 462 000 i 40 000, od razu wyjaśniam, że pozostałe 28 000 osób określano, jako „wyzwoleńców”. Oczywiście ludność wyzwolona to często dzieci ze związków mieszanych oraz czarnoskórzy niewolnicy, którzy otrzymali taki przywilej od swoich właścicieli. Zaznaczam przy tym, że wokół podanych wyżej danych toczą się dyskusje historyków, gdyż nie wszyscy zgadzają się z nimi. I tak polski specjalista w dziedzinie dziejów Antyli, Tadeusz Łepkowski, uważa, iż liczby są nieco zawyżone. Nie mnie oceniać kto ma w tych sporach rację, gdyż nie o dokładne dane mi chodzi, ale o to, aby zobrazować pewne zjawiska i ich skalę.

Pozostańmy jeszcze na chwilkę przy ludności określanej mianem „wyzwoleńców”. Jest to zjawisko bardzo ciekawe nie tylko z historycznego punktu widzenia. Proszę zwrócić uwagę, że fakt, że grupa ta rosła liczbowo i wcale nie składała się z ludzi tylko i wyłącznie biednych. Bardzo wielu mulatów i wyzwolonych murzynów pracowało i gromadziło majątki równie sprawnie, jak ich biali sąsiedzi. Z danych odnoszących się do końca XVIII wieku widać wyraźnie, że w rękach „wyzwoleńców” pozostawało aż 25% całości areału uprawnego kolonii! Oblicza się, że posiadali oni około 2000 plantacji, a więc była to liczba całkiem duża. Oczywiście musimy pamiętać o tym, że wśród „wyzwoleńców” również istniała piramida hierarchiczna wskazująca na to, kto stał wyżej i miał więcej praw i przywilejów. Niewątpliwie na samym szczycie stali mulaci, czyli potomstwo ze związków mieszanych. Niżej od nich stali czarnoskórzy, którzy wolność otrzymali z łaski swych panów.

I tak wspomniane plantacje były przede wszystkim w rękach mulatów, co nie oznacza, że np. wyzwolony murzyn nie mógł być na nich zarządcą. Ba! Wielu historyków zajmujących się zagadnieniem niewolnictwa utrzymuje, że taki model był nawet pożądany przez właścicieli majątków. Wynikało to z faktu, że wyzwoleni niewolnicy często za wszelką cenę chcieli udowodnić swoją lojalność wobec panów i zaskarbić sobie ich łaski oraz przychylność, a co za tym idzie byli niezwykle wymagającymi nadzorcami dla swych czarnych współbraci. Tę okrutną zależność mogliśmy obserwować w niedawnej europejskiej historii, kiedy to np. w sowieckich obozach pracy szczególnie uciążliwy nadzór sprawowali więźniowie funkcyjni. Stali nieco wyżej w obozowej hierarchii i swoją brutalnością starali się przypodobać oficerom i żołnierzom strzegącym obozu.

Rozwój miast i wzmacnianie własnej siły.
W Saint-Domingue natomiast nie tylko rozwijało się rolnictwo. Stopniowo powstawały francuskie osady i prawdziwe miasta. W 1749 roku Francuzi zakładają L’Hôpital, które zmieni nazwę na Port-au-Prince. Na miejscu Yaguany, znanej już nam osady Indian Taino, w której urodziła się pamiętna Anacoana, powstaje Léogâne. Do kolejnych ważnych ośrodków zaliczyć też trzeba Jérémie, Les Cayes (założone na miejscu osady Diego Velázqueza de Cuéllar, który przybył tu w 1504 roku), czy Môle-Saint-Nicolas. Koloniści produkowali przecież na potęgę, wiele eksportowali i bogacili się, więc ich kolonia rosła w siłę oraz zasobność.

A jak to było ze stosunkiem kolonii do Francji? Cóż, to zagadnienie nie jest takie proste do przeanalizowania. Z jednej strony pamiętamy o tych panach wielkich majątków, którzy na stałe rezydowali we Francji i zgadzali się z polityką władz wobec kolonii. Z drugiej strony mieszkańcy wyspy na własnej skórze odczuwali politykę eksportową lub podatkową Francji, czy skutki prowadzonych przez koronę wojen. Niewątpliwie kolonia była mocno eksploatowana i metropolia chciała większych i większych zysków z tego tytułu. Wielu zarządców majątków uważało to za zabójcze dla wyspy, bo mogli oni obserwować na co dzień np. wyjałowienie gleby w skutek intensywnych prac.

Rabunkowe wycinanie lasów powodujące ogromne zmiany w stanie gleby i absorpcji wody z opadów, czy stopniowa degradacja gleby – szczególnie po uprawach indygo – to były ogromne bolączki zarządców plantacji, którzy stali pod presją zwiększania zysków, aby zadowolić koronę francuską. W oczywisty sposób budziło to niechęć mieszkańców kolonii do tego co działo się w Paryżu. Jakby tego było mało, to rosnące ambicje polityczne kolonii również powodowały niezadowolenie części mieszkańców z faktu, że prawa stanowione są w Europie, a nie na wyspie. W tej kwestii francuscy osadnicy zazdrośnie patrzyli na swoich angielskich kolegów z Nowego Świata. Trudno było nie zauważyć, że ówczesne kolonie angielskie cieszyły się o wiele większą samodzielnością i swobodą. Francuscy koloniści z zazdrością spoglądali na te przykłady i wielu z nich zastanawiało się, czemu w Saint-Domingue ma być inaczej?

Z czasem też na wyspę docierać zaczęły idee oświeceniowe, które kwestionowały coś tak fundamentalnego, jak istniejący i utrwalony w Europie porządek społeczny. I tu znów dały znać o sobie różnice między kontynentem, a wyspą, bo we Francji wolnomyśliciele potępiali zdecydowanie niewolnictwo. Tymczasem dla Saint-Domingue rezygnacja z niewolnictwa oznaczałaby totalną zmianę w gospodarce. Z oczywistych przyczyn koloniści nie chcieli tracić zysków i nie wyobrażali sobie zrównania praw niewolników z prawami panów. Co nie przeszkadzało im popierać pomysłów tych reform, które im samym dawały większe prawa. Jak widać dawało to całkiem sporą beczkę prochu, czyli przeróżnych problemów i sporów, które w kolejnych odcinkach naszego cyklu spowodują całkiem duża eksplozję, a ta wstrząśnie dziejami wyspy na całe dziesięciolecia. Ale nie wyprzedzajmy faktów i na koniec tego rozdziału powiedzmy sobie jeszcze kilka słów o hiszpańskich sąsiadach ze wschodu wyspy.

Hiszpania w defensywie.
Otóż widać wyraźnie, że w omawianym okresie Hiszpania straciła zainteresowanie swoją kolonią na Hispanioli. Wynikało to z wewnętrznych kłopotów korony, które – jak to zwykle bywa – zaczęły się od pustej kasy państwowej. Może to dziwić tych, którzy pamiętają o tym, że pękate galeony wiozły z Nowego Świata wspaniałe bogactwo, ale zapominają o tym, że Hiszpania całe to bogactwo roztrwoniła w licznych wojnach. Przypomnę, że pierwsze bankructwo musiał ogłosić Filip II już w 1557 roku, a kolejne w 1560, 1575 oraz w 1596. Trudno w to uwierzyć, ale Hiszpania bankrutowała jeszcze w 1607 roku, a więc widać, jak na dłoni, że kryzys finansowy trwał całkiem długo, a władcy nie potrafili gospodarować dochodami z kolonii tak, aby pomnażać bogactwa.

Jeśli ktoś ma ochotę to proponuję sięgnąć po podręcznik do historii powszechnej i sprawdzić z kim to w owych czasach nie wojowała Hiszpania! Oj, trudno się dziwić, że pieniądz znikał z kasy państwa niczym przysłowiowa kamfora. I tak w 1634 roku doszło do anulowania połowy hiszpańskich obligacji długoterminowych („juros”), co spowodowało przejście do krótkoterminowych weksli z niewyobrażalnie wysokimi odsetkami. Państwo już w 1599 roku musiało zacząć wybijać miedzianą monetę, a w 1630 roku z obiegu praktycznie zniknął srebrny pieniądz. Jakby tego było mało, to miedziana moneta traciła na wartości.

Kolonie w Nowym Świecie również nie mogły pomóc, bo rozpoczął się proces spadku dostarczanych bogactw. O skali zjawiska świadczy fakt, że w latach 1591-1595 flota przywiozła do Hiszpanii aż 35,1 mln pesos w srebrze, a w latach 1656-1660 jedynie 3,3 mln pesos. Już tylko te liczby świadczą o tym, że Hiszpania musiała tracić na sile i potędze, a co za tym idzie brakowało środków i chęci do walki o utrzymanie całości Hispanioli w jednych rękach. Oczywiście z konieczności muszę tu pominąć całą złożoność procesu, który historycy określają upadkiem hiszpańskiej potęgi na Karaibach. Nie będę się wdawał w analizowanie systemu handlu z koloniami, czy zarządzania nimi w straszliwie scentralizowany, zupełnie nieelastyczny sposób. Chciałbym jedynie zaznaczyć, że kończąc ten rozdział mamy na Hispanioli dwie kolonie – francuską i hiszpańską – z których ta pierwsza przeżywa wspaniały rozkwit ekonomiczny, a druga tkwi w zastoju pozbawiona dawnego znaczenia i wsparcia z Europy.

A na koniec kilka ciekawostek:

– wiemy dziś, że koloniści francuscy byli bardzo gospodarni. Nawet odpady z procesu wytwarzania cukru nie były marnowane, bo wytwarzano z nich… alkohol. O skali zjawiska może świadczyć fakt, że w 1789 roku było w Saint-Domingue aż 178 wytwórni różnego rodzaju rumu! Co ciekawe większość produkcji rumu była spożywana przez niewolników i biedną ludność kolonii. Bogatsi biali pili alkohol importowany, a przede wszystkim były to francuskie wina;

– wedle dokonanych przez historyków szacunku w XVIII wieku w Saint-Domingue produkowano aż 30% cukru spożywanego w świecie, a kolonia dawała koronie francuskiej aż 40% całego zysku z handlu zagranicznego! Część badaczy uważa, że ówczesna kolonia Saint-Domingue była najbogatsza ze wszystkich znanych w świecie.